Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Lecznica Munra Bitera

Postprzez Eirlys » 07 wrz 2017, 19:18


Lecznica Munra Bitera


  Wciśnięty między podobne sobie, dwupiętrowe szare budynki z kamienia, stoi dom szanowanego przez szacownych kinkengardzkick obywateli lekarza o trochę dziwnym dla tych stron imieniu — Munra Bitera. Ów człek, wespół z o połowę od siebie młodszym przyjacielem z czasów, gdy medyk był częścią załogi pewnego okrętu waldgrosseńskiej floty, założył na parterze domostwa praktykę, o czym świadczy drewniany szyld kołyszący się nad gankiem. Zawisa on na żelaznej wolucie, dumnie głosząc: "Jns Murers i Mnro Biter", co w zupełności wystarczy, aby zachęcić wszelkie znękane bólem i chorobą duszyczki, aby tłumnie dobijały się do drzwi niepozornego domostwa. W rzeczywistości każdy przybysz z miejsca zostaje zadziwiony układem budynku — od strony ulicy widać jedynie niezbyt okazałą elewację, wewnątrz jednak okazuje się, że murowaniec jest bardzo sługi, tak więc w środku jest dość miejsca i na wydzieloną salę dla obłożnie chorych, jak i miejsce przeprowadzania operacji, magazyn, a nawet niewielki teatr anatomiczny na dziesięć osób, gdzie za drobną opłatą można zobaczyć, jak młody wciąż Murers kroi, trepanuje i wycina. Pracę starszego Bitera można natomiast oglądać za darmo, choć po prawdzie Munro rzadko podejmuje się operacji, większość pacjentów od razu kierując do swego wspólnika. Przyjaciele przyczyny owego unikania nadmiaru obowiązków doszukują się w młodej żonie doktora,Lyse, rówieśnicy Jonasa. Niewiasta owa rzeczywiście była tak ponętna, że niejeden mężczyzna z ochotą porzuciłby wszelką pracę, aby całymi dniami celebrować niedawno zawarty związek małżeński z taką pięknością, jednak złośliwcy tłumaczyli sobie postępowanie starca w zupełnie inny sposób, mianowicie oskarżając go o alkoholizm. Jak jednak było naprawdę, tego nikt nie wiedział.
  Wszystkie owe pomieszczenia znajdowały się po obu stronach szerokiego korytarza, na końcu którego były schody prowadzące na piętrze i drzwi prowadzące do ogrodu, gdzie służba uprawiała warzywa, a młoda pani domu miała wydzielony niewielki kącik, w którym pielęgnowała kwiaty. Było tam dość miejsca i na rabaty z kapustą, groszkiem i marchewką, jak i na kamienną ławkę otoczoną kilkoma krzewami kolczastych róż. Mimo to jednak nikt, nawet sama Lyse, nie przychodził do ogrodu, aby odpocząć, lekarze dnie spędzali albo na przyjmowaniu pacjentów i wyprawom do tych, którzy nie byli w stanie sami przyjechać do lecznicy, albo na piciu wina w przypadku Munra. Kobieta zaś albo chodziła za Jonasem niby cień, asystując mu przy zabiegach, przyglądając się operacjom i przygotowując noże do cięcia, albo mitrężyła czas na typowych dla bogatych dam zajęciach.
  Na piętrze znajdowało się wspólne mieszkanie małżonków i Murersa, teren całkowicie zamknięty dla pacjentów, nawet tych o największych i najbardziej przepastnych sakiewkach. Była tam wspólna kuchnia, a także gabinet, sypialnia i łazienka Jonasa oraz trzy sypialnie, salon, kuchnia, spiżarka, gabinety oraz dwie łazienki państwa Biterów. Jak mieszkał młodzieniec, tego nikt nie wiedział, nie przyjmował on bowiem gości poza niektórymi ladacznicami, które w dużej licznie wystawały na skrzyżowaniach okolicznych ulic, natomiast wszem i wobec było wiadomo, że pokoje małżonków były urządzone wystawnie i ze smakiem, słowem — zgodnie z gustem Lyse. Wchodząc do salonu ozdobionego rzeźbami, gobelinami i drogą porcelaną, można było zauważyć, że surowość wystroju lecznicy — gdzie nie było żadnego sprzętu lub mebla, który nie służyłby konkretnym celom, pozbawiony ozdób i nierzadko pokryty zaschniętymi brunatnymi plamami krwi — doktorowa odbiła w swoim mieszkaniu z nawiązką.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 07 wrz 2017, 20:24

  Decyzja jaką podjął Lutz wcale nie była dobra. Przynajmniej z rozsądnego punktu widzenia. Strażnicy bynajmniej nie mieli ochoty dać się pobić przez chuderlawego rudzielca. Bleek niczym worek ziemniaków (choć z powodu krwi która go oblewała, bardziej przypominał buraka) zwisał z ramienia jednego ze swoich oprawców. Będąc wpółprzytomnym wiedział że niosą go przez tą jego przeklętą ulicę. Wbrew jego idiotycznym wyobrażeniom nikogo oprócz Gerty nie przejęło to że został uprowadzony przez straż. Właściwie gdyby był w pełni sił umysłowych sam by w to nie uwierzył. Przecież nie należał tak naprawdę do żadnego gangu, a to całe pozowanie na przestępców było wyssaną z brudnego palca kpiną. Właściwie nie mógł teraz liczyć na żadną pomoc z zewnątrz. Pomocy zaś ze strony swoich nowych "opiekunów" spodziewać się również nie mógł. Teraz, gdy znajdował się gdzieś pomiędzy śmiercią a życiem, nie stawiał już żadnego oporu. W uszach dzwonił mu cały czas śmiech rzeźnika. Ten przeklęty przypominający kwik rechot. W tym momencie, lutzowe przekonanie o czymś takim jak ludzkie współczucie runęło jak domek z kart. Skoro nikt nawet nie rzucił przekleństwem w stronę tych zbrodniarzy, to tym bardziej nikt nie stanie w jego obronie.

  Przez głowę młodzieńca przelatywały dziwaczne, wielu powiedziałoby — przedśmiertne myśli. Wciąż obok przeraźliwego śmiechu rzeźnika-grubasa, widział swoich kompanów, przecież wspaniałych i odważnych gości, a dalej — Gertę, która w jego myślach przybrała wyidealizowany obraz. Może gdyby los dał mu szansę ożeniłby się z nią, został uczciwym człowiekiem? Nie miało znaczenia że były to tylko zupełnie nie mające sensu, konwulsyjne i pewnie przedśmiertne rojenia. Przecież skoro ledwo dychał, otępiony przeraźliwym bólem i mający siły ledwo na to by oddychać, nie pozostało mu nic niż coś takiego. Im dłużej szli, tym jego myśli odrywały się coraz bardziej od rzeczywistości. Ujrzał oczami wyobraźni dziewczynę i to nie byle jaką, tylko tą którą chodził czasami podglądać. Była to zamożna dziewoja, mieszkająca dość daleko, lecz warta aby się fatygować myśleniem o niej. Właściwie to miała męża, lub przynajmniej narzeczonego, bo ku rozpaczy Bleeka, widział raz jak pewien mężczyzna — o budzącym jego zazdrość odzieniu — wychodził z domu jego obiektu westchnień.

  Rudzielec w przeciwieństwie do swoich rodzicieli był zatwardziałym bezbożnikiem, a to nie dlatego że doszedł do tego po rozważaniach filozoficznych, a z bardziej trywialnego powodu. Po prostu nie było to w żadnym wypadku opłacalne być człowiekiem głęboko oddanym komuś lub czemuś co nie wynagradza cię tu i teraz. Dlatego, przez jego rudy łeb nie przeszła mu myśl o modlitwie o ocalenie, albo choć o jakieś ulżenie w tragicznej sytuacji. Ze swoich zalanych krwią ust nie wypluł żadnego przekleństwa w kierunku swoich prześladowców, bo nie miał na to sił. Oblany juchą starał się po prostu nie zasnąć. Choćby nie wiadomo co, choćby ktoś go chciał uśpić.

  Kierując się ulicą, oprócz mężczyzny który śmiał z niego drwić, ostatki jego uwagi przykuła nierządnica. Cóż, gdyby nie to że znajdował się w stanie wskazującym na zmierzanie do grobu, pewnie zwróciłby uwagę jej walory cielesne. Jego uwagę przykuła jedynie dziwna blizna. W jego chorej głowie pojawiła się i natychmiast umarła myśl, że ta dziwka może mu pomóc. Oczywiście była ona bzdurna, lecz w takiej sytuacji tonący brzytwy się chwyta. Gdyby nagle okazało się, że ulicznica należy do jakiegoś tajnego stowarzyszenia, które... Nie, to było niemożliwe. Zresztą, Lutz nie był w stanie do rozmyślania. W jego głowie panowal na zmianę chaos i natłok myśli, a całkowita pustka.

  Wnętrza budowli nie zrobiły na rudzielcu żadnego wrażenia. Nie chodziło o to, że był przyzwyczajony do bardziej lub mniej wystawnych pomieszczeń. W tej sytuacji nie zwracał na nie uwagi. Po prostu obojętnie patrzył na podłogę, nie rozglądał się na lewo i prawo. Czekał aż rzucą go na stół i zaczną kroić, albo rzucą niczym worek z piaskiem na ziemię. Gdyby był w pełni sił fizycznych i umysłowych, na pewno myślałbym co by tu zwędzić. Choć... Nie należał do tych którzy uważali kradzież za coś dobrego. Wolał gdy ludzie oddają mu pieniądze z własnej woli.
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Lecznica Munra Bitera

Postprzez Eirlys » 07 wrz 2017, 21:48

  Półprzytomny, walczący z bezsilnością i nawracającymi nudnościami Lutz miał dość czasu, aby przemyśleć swoją decyzję ataku na strażników. Niewiele to się zdało co do zachowania honoru, skoro teraz nieśli go jak jakieś warzywo do lekarza, nie bacząc na to, co ma do powiedzenia. Bleek pogorszył swą sytuację tak bardzo, że już nic nie mógł zrobić, pozostało mu już tylko obserwowanie otoczenia, co prawda do góry nogami, i ponure rozmyślania. Najpierw oczywiście wyrzucał sobie swoją głupotę, potem jednak przeszedł do przeżywania zaskakującego, mimo jego wieku wniosku, iż ludzie są nieczuli na krzywdę bliźnich. Na nikogo nie mógł już liczyć, jedynie Gerta zrobiła ten wysiłek, próbując jakoś zwrócić uwagę mieszkańców dzielnicy na ich nędzną sytuację. Nikt jednak nie pokwapił się, aby im pomóc, i tak już pozostało już do końca wyprawy do lekarza. Raz nawet pochód natknął się na obleśną parkę, która w nieszczęściu Bleeka znalazła źródło swej prymitywnej uciechy. Rudzielec jednak nie poświęcił tym kreaturom zbyt wiele uwagi, myślami odpłynął już ku fantazjom. Częściowo z powodu omdlenia i utraty krwi, częściowo z wrodzonej skłonności do oddawania się mrzonkom i marzeniom, chłopak zaczął roić sobie, że mógłby ożenić się z Gertą. Uzależniona od narkotyków, rozwiązła i nieco głupawa dziewucha jawiła się mu jako chodzące bóstwo, wspaniała towarzyszka życia i osoba o złotym sercu. Czyż nie przeżył z nią sporej dawki uniesień, gdy rozochocona pozwalała mu na znacznie więcej, niż zwykłe macanki? Czyż nie uczyniła wręcz heroicznego wysiłku, wydzierając się, aby obwieścić światu okrucieństwo strażników? I w końcu, czyż i nie ona miała podzielić jego nędzny los, gdyż i ją mężczyźni nieśli jak bezwolny tłumok, a nie czującą istotę? Zresztą Lutz nie myślał tylko o Gercie, przed oczami przelatywały mu znane mu osoby, niemal jak w opowiadaniach o chwilach sprzed śmierci. Co nie było dziwne, wszak Golas był przekonany o nieuchronności swego losu. Jedyną dziwną rzeczą był brak choćby słowa skargi na prześladowców. Chłopak nie tracił wątłych pokładów energii na użalanie się nad sobą lub wyklinanie strażnikom, co zdziwiło tych ostatnich, bo w pewnym momencie zaczęli to zwracać jeden drugiemu uwagę na potulność rannego, to pokpiwać z jego słabości. Jedynie blondyn, wciąż naburmuszony po tym, jak Bleek obrzygał mu buty, a także sam przywódca nie brali udziału w tych docinkach, chociaż zapewne z zupełnie różnych powodów.
  W końcu po drodze korowód strażników spotkał kogoś, kto przebił się przez nierealne rozmyślania Lutza. Stojąca na skrzyżowaniu nieopodal lecznicy ladacznica miała odpowiednie walory, które zwracały uwagę nawet wtedy, gdy człek był przekonany o swej rychłej śmierci. Pomógł też fakt, iż kobieta poufale zwróciła się do niebieskookiego, jak do zaufanego klienta lub nawet współpracownika. Czyżby płaciła mu haracz w naturze za to, że mogła spokojnie wykonywać swój zawód? Było to dość zasadne pytanie, ale umysł Bleeka, już i w najlepszych chwilach niezbyt lotny, był teraz zbyt kołowany, aby zdobyć się nawet na przebłysk takiej analizy. Zamiast tego rudzielec zaczął rozmyślać, czy niewiasta mogłaby być członkinią jakiegoś tajnego stowarzyszenia, którego celem byłoby na przykład przechwytywanie więźniów. W końcu jednak porzucił te mrzonki, sam czując, że zbyt daleko zapędził się w swych marzeniach.
  Tymczasem lecznica okazała miejscem tak przeciętnym, że aż dziwnym było, że strażnikom tak zależało, aby umieścić w niej Lutza. Chyba że jej nijakość stanowiła rękojmię, że nikt nie odkryje, iż w czasie przesłuchiwania nadto ich poniosło. Chłopak jednak nie myślał nad motywami swych oprawców, obojętnie czekał, co z nim zrobią, niezdolny do nawet najmniejszego protestu. Strażnicy nie zostawili go na korytarzu, od razu ruszyli do drugich z kolei drzwi z prawej strony. Znaleźli się w przestronnym pomieszczeniu, którego centralne miejsce zajmował pusty stół z przymocowanymi do niego pasami, którymi można by było przypiąć niechętnych operacji pacjentów. Poza stołem w pokoju wielkości rodzinnej chałupy Lutza znajdowała się tylko stojąca pod oknem skrzynia, mniejszy stolik przysunięty do stołu, a także... nosze, na których leżał odziany w kosztowny kaftan i takież spodnie wielmoża. Czuwał przy nim sługa, z paniką w głosie zapewniający, iż lekarz zaraz zejdzie. Na ten widok przywódca straży zmarszczył brwi. Zapytany przez niosącego Lutza dryblasa, czy ma sprowadzić Murersa siłą, zaprzeczył jednak, nakazując czekać.
  Niebawem to pomieszczenia weszła kobieta niezwykłej urody, rozsiewając przy tym delikatną, słodką woń jaśminu. Ponieważ razem z jej wejściem chmury odsłoniły słońce, zdawać by się mogło, że to kobieta dosłownie sprowadziła światło do twego ponurego pokoju. Miała lśniące, jasnobrązowe włosy wymykające się spod czepka przystającego mężatce, orzechowe oczy ocienione długimi rzęsami — a może oprawa oczu była zasługą umiejętnie nałożonego czernidła, kto wie? — wykrojone w kształt serca pełne usta i zgrabną figurę, w której nie brakowało krągłości. Jej biust co prawda nie osiągał rozmiarów piersi ladacznicy, jednak i tak wyglądała jak żywcem wyjęta z ballad o zaczarowanej księżniczce i mężnym rycerzu. I zaiste, widok niewiasty i nieczyste myśli dotyczące tego, co z taką pięknością można by było porabiać, obudziłby w niejednym zniedołężniałym człeku poczucie, iż jest mężczyzną. Nawet pojękujący bogacz na chwilę zamilkł, zaraz jednak zdołał wydukać:
  — Czy doktor raczy już przyjść? Nie wytrzymam ni chwili...
  — Doktor musi jeszcze dokończyć toaletę, jakby to wyglądało, gdyby miał krajać pacjenta nieogolony? — odparła kobieta głosem słodkim jak miód, ale wyrażającym przyganę. Oszołomiony taką odpowiedzią i nienawykły z racji swego bogactwa do odmowy mężczyzna aż przytaknął, nim zdążył się zorientować, co czyni. Kobieta zaś podeszła do skrzyni i wyciągnęła z niej jakieś pachnące ziołami i wódką zawiniątko. Zabrała się za rozkładanie znajdujących się w nim medykamentów na stoliku i nie przerywając zajęcia zapytała strażników, czym zawdzięcza ich wizytę.
  — Pani Biter —odpowiedział od razu przywódca, jakby tylko czekał, aż niewiast zwróci się do niego bezpośrednio. Nie dało się ukryć, iż był rozczarowany tym, że ta nawet na niego nie patrzy. — Przyprowadziliśmy dwóch więźniów, którzy muszą zostać opatrzeni, nim będziemy mogli kontynuować przesłuchanie. Tylko od doktora Murersa zależy, jak szybko będziemy mogli kontynuować pracę.
  — A rany to pewnie sami zadali sobie ci straszni przestępcy, prawda? — zapytała kpiąco, niewiasta, po czym dodała, że gdy już Jonas dokona operacji, będzie mógł zająć się kolejnymi osobami. Kazała przenieść Gertę i Lutza bliżej ściany, aby nie przeszkadzali, po czym nie odzywała się już, zajęła się natomiast sprawdzaniem ostrości noży. Potem wyjęła urządzenie przypominające kompas i wpatrywała się w drzwi, oczekując przybycia lekarza.

Zaloguj  •  Zarejestruj