Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Vitav
Krtań
Egzarcha
Miano: Vitav
Profesja: Detektyw
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10/10
Punkty Ducha: 1
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 505
Dołączył(a): 01 maja 2014, 15:13
Vitav

Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Vitav » 04 mar 2017, 20:30

Obrazek


Avatar użytkownika
Aerhardt
Nieaktywny
Nieaktywny
Miano: Aerhardt
Profesja: Najemnik
Płeć: Mężczyzna
Korony: 10
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 17
Dołączył(a): 26 lut 2017, 16:50
Aerhardt

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Aerhardt » 04 mar 2017, 21:56

WIOSNA ŚMIERDZI TRUPEM
A ja śmierdzę gównem, bo byłem na zadupiu i się nie umyłem.
___________________________________________________________________________
TO
___________________________________________________________________________

Zima powoli mijała, nadchodziła wiosna. Tam, gdzie uprzednio było od groma śniegu, teraz widać było trawę. Wraz z wiosną wracało życie; ze snu budziły się niedźwiedzie i inne zwierzęta, prowadzące głównie życie myśliwych. Życie wróciło też i na szlaki handlowe, którymi wcześniej nie dało się przedrzeć, ponieważ zasypane były śniegiem, a kilkunastodniowa droga do innej wsi czy miasta nie była rozsądna z powodu siarczystego wichru, niosącego ze sobą deszcz, śnieg bądź grad.
Wszystko budziło się ze snu.
Lecz niektórym nie dane było obudzić się wcale.

Mężczyzna klęczał nad martwym ciałem młodego kupca, próbując wyrwać topór z jego karku. Topór ów utknął za głęboko we wnętrznościach młodzieńca, więc nawet z jego siłą wyciągnięcie takiego narzędzia potrafiło zmęczyć. W końcu, uderzenie toporem prosto w kark i zabicie kogoś na miejscu było tak samo ciężkie jak ścięcie czyjejś głowy za pierwszym razem. Nawet najlepsi kaci często musieli uderzać dwa, jeśli nie trzy razy, by odrąbać głowę skazańcowi. A on o tym doskonale wiedział, bo przecież niegdyś sam był jednym z nich. Jednym z morderców, mających prawo i obowiązek do mordowania innych. I to nie żołnierzem, który w imię swego władcy, kraju bądź ideałów ruszał na pole bitwy, by zabić wroga — on przesiadywał w Kinkengardzie, tak jak normalni mieszkańcy. A gdy była potrzeba, wzywano go do wykonywania wyroków.

Sapnął, finalnie wyrywając topór i rozrywając nieco ranę. Nic dziwnego, że nie chciał wyjść — obuch przebił kości w karku i utknął faktycznie głęboko w ciele. Mężczyzna musiał go wytrzeć o ubranie kupca. Szkoda mu było tych ubrań — wyglądały na cenne, a i na jego rozmiar były na pierwszy rzut oka. Niestety, krew na tylnej części ubrania zwróciłaby uwagę każdego, a przecież nie o to mu chodziło. Nie zabijał, bo chciał; zabijał, bo tak należało.

Kopnął ciało, wrzucając je do przydrożnego rowu. Tu nikt nie powinien był go odkryć — rów był całkiem głęboki, do tego ubrania kupca były brązowo — zielone, w barwach bliskich ziemi i gałęziom. Mimo wszystko było ryzyko, iż jakiś bardzo dociekliwy podróżnik zauważyłby martwego młodzieńca. No ale cóż, mężczyzna nie miał pomysłu, co jeszcze mógłby zrobić. Krew na ziemi zatarł dokładnie pyłem. Po kilku dniach wiatr albo przykryje go dodatkową warstwą pyłu i kamyczków, albo swą siłą zdmuchnie prowizoryczną zasłonę; on zaś nic nie mógł na to poradzić.
Spojrzał po raz ostatni na miejsce, gdzie TO się dokonało, wsiadł na konia zabitego… i ruszył.

* * *
Dotarł do celu tuż po zapadnięciu zmroku. Niewielka chata nie byłaby widoczna z większej odległości, gdyby nie lampa, zawieszona tuż nad drzwiami. Nie musiał martwić się nieproszonymi gośćmi, toteż nie dbał o to, czy ktoś inny zauważy lampę — tę okolicę znał tylko on i Ludzie Gór, jak zwykł ich nazywać. Lecz nawet oni nie zbliżali się do niego od pamiętnego dnia, gdy przyszli przegonić go ze swych ziem. Pięcioro ich wtedy było, a wrócił tylko jeden. Mężczyzna dał mu przeżyć wyłącznie po to, by ten zaniósł wieści pozostałym, iż człowiek, który tu mieszka, nie da się przegonić. Oczywiście, za karę odrąbał mu ręce. Ale dał żyć.
Polana, otoczona niewielkim lasem tuż u podnóża łańcuchu gór była dla niego oazą spokoju. Jedynymi gośćmi były zazwyczaj nieduże zwierzęta leśne, jak lisy czy króliki; zabijał je raz co jakiś czas, starannie zakrywając niewyczuwalny dla człowieka, lecz wyczuwalny dla zwierzęcia odór krwi, by nie odstraszać innych. Parę razy pojawiły się tu i wilki, lecz nie musiał się nimi martwić. One, tak jak on, były istotami inteligentnymi i już po kilku dniach wiedziały, że ten człowiek jest kimś, kogo należy respektować, choć nie jest samcem alfa.

Chata była nieduża i zbudowana z solidnych, drewnianych beli. Był to dom, który on sam sobie zbudował, własnymi rękoma. Dom, w którym nie musiał się martwić codziennością. Wiedział, że choćby puszczono za nim psy, nawet one by tu go nie znalazły. Wszystko dzięki blokadzie, którą również własnoręcznie postawił, jeszcze daleko przed lasem, ale na tyle blisko, by była niezauważona przez wędrowców, którzy mogliby przejść i tak tą mało uczęszczaną drogą. Uśmiechnął się pod nosem i otarł pot z czoła, wspominając ciężar pracy, jaką wykonał i jaka go czekała.

Przywiązał konia do niewielkiego pala tuż przed domem i wszedł do środka. Wnętrze domu również nie należało do najbogatszych — poza łożem, stołem, dwoma krzesłami i innymi niezbędnymi do życia rzeczami nie było tu nic, co niepotrzebnie zajmowałoby przestrzeń.

Mężczyzna zjadł przygotowanego jeszcze rano królika; zauważył, że smakował nieco inaczej niż większość jego posiłków. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to ekscytacja sprawiła, iż smak króliczego mięsa stał się o wiele bardziej wyrazisty. Wgryzał się w królicze udko, tak jak robił to kilka tygodni temu z udem jednego z wieśniaków, których wyrżnął na jakiejś farmie. Musiał się porządnie najeść — w końcu czekała go ostatnia i najważniejsza część pracy. Po wszystkich zabójstwach, jakich dokonał, w końcu mógł TO doprowadzić do końca. Teraz mógł się spotkać z żoną i córką, które przecież opuściły go jeszcze wtedy, gdy pracował jako kat. Pamiętał, jakie wtedy miał szaleńcze poczucie sprawiedliwości i jak z przyjemnością wykonywał swój zawód. Teraz zabijanie nie sprawiało mu żadnej przyjemności; brzydził się nim.
Lecz mimo to, tak należało robić.

Nadszedł czas. Mężczyzna chwycił łopatę, stojącą dumnie pod ścianą i wyszedł przed dom. Zaczął kopać. Kopał coraz głębiej i dokładniej, wygładzając ściany dołu, wydłużając i poszerzając go z każdym uderzeniem łopaty w miękką od roztopionego śniegu glebę. Robił tak dopóty, dopóki dół nie był idealnie gładki. Była już głęboka noc, a on usłyszał — zresztą tak, jak się spodziewał — ujadanie psów. Bariera, stworzona z głębokiej fosy martwych ciał zapewne zmyli ich węch, ale ludzi powstrzyma tylko na chwilę. Ale to mu wystarczyło. Stanął dumnie nad dołem, podziwiając swe dzieło. Wrócił do domu, odstawił łopatę na swoje miejsce. Wyszedł i zamknął drzwi domostwa. Odwiązał również konia i klepnął w zad; ten pogalopował gdzieś w dal. A on ponownie stanął nad dołem. Wydawał się taki głęboki, nieskończony, choć w rzeczywistosci sięgał może metra czy dwóch. TO się zakończyło. TO się zawsze kończy, dla każdego, nawet najdłużej żyjącego stworzenia. Teraz, gdy praca dobiegła końca, wreszcie mógł spotkać córkę i żonę, które opuściły go po tym, jak zabił je w swym szaleństwie. Dobył sztyletu i poderżnął sobie gardło.
A gdy opadał na dno,
Spadając tak bez końca,
Płomień lampy zgasł,
Gdyż TO dobiegło końca.
Obrazek

Avatar użytkownika
Antymag
Support
Support
Profesja: Antymag
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 20
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 147
Dołączył(a): 04 kwi 2015, 15:45
Antymag

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Antymag » 04 mar 2017, 22:18

WIOSNA ŚMIERDZI CHLEBEM

  Zdamir otworzył oczy. Głowa bolała go niemiłosiernie, ale nie był to kac. Świadczył o tym chociażby brak suchości w ustach. Po za tym mężczyzna nie pamiętał, by pił jakiś alkohol dnia poprzedniego. Właściwie to ostatnim co pamiętał były ciepłe objęcia gorącej Ruchomiry, najlepszej dziwki w Mirosil, której szlachcic był stałym, choć nieregularnym klientem. Najchętniej zamknąłby teraz oczy i otworzył je w świecie, w którym znów jest w łożu z tą nieziemską niewiastą. Ale podłoga, pod którą leżał co raz to boleśniej przypominała jego plecom, że nie mają pod i nad sobą ciepłej pierzyny, a tylko drewno. W pewnym momencie Jaksarczyk zorientował się, że to nie głowa go bolała. Znaczy się — nie tylko. Bolało go wszystko, całe ciało przekazywało mu dosyć dosadnie, że został obity niczym wór treningowy używany w wojsku.
  Podniósł się. Był to minimalny wysiłek i na szczęście nie nasilił wiele kłującego bólu w posiniaczonych mięśniach. Mógł teraz w spokoju rozejrzeć się po pomieszczeniu. Dębowe półki stojące wszędzie zdradzały, że znajdował się w magazynie. Zapach pieczywa i w ogóle różnej maści chleby i bułki leżące na półkach wyraźnie mówiły, że jest to magazyn piekarniany. Kilka kroków i wyciągnięcie dłoni wystarczyło, by Zdamir mógł stwierdzić, że jest w składzie piekarni u Chlebomiła, zwanym także Zakalcomiłem. Jego wypieki w ciągu kilkunastu godzin od zakupu stawały się twarde niczym skała. Z dzieciństwa pamiętał wypadek, gdy właściciel tego budynku został postawiony przed sądem, z powodu ciężkiej kontuzji dziecka, które oberwało bułką spod jego ręki. Koniec końców ukarani zostali rodzice kolegi poszkodowanego, bowiem to on rzucał wypiekiem, a dzieciakowi amputowali pół ręki, przez co kilkanaście lat później szlachcic mógł go ujrzeć żebrzącego na ulicy. Od tamtej pory większość klienteli starego piekarza stanowili kryminaliści, których nie stać było na porządną broń. Ceny w jego "zbrojowni" zaszybowały w górę, a jakieś pięć lat temu mistrz swego fachu zmarł śmiercią tragiczną. W tym magazynie właśnie. Stare, spróchniałe półki zawaliły się na jego głowę pod ciężarem chleba(Którym włamywacze zwykli przebijać się przez zamknięte drzwi. Z głowy staruszka nie było co zbierać.
  Prócz zapachu śmiertelnie niebezpiecznego pieczywa, w składowisku unosił się także niezwykle ostry zapach trupa. Atakował nozdrza młodziana, powoli wygrywając z chlebową wonią. Zdamir podszedł do wiklinowego kosza znajdującego się w rogu pomieszczenia i wyciągnął z niego metrową bagietkę. "Zadziwiające" — pomyślał — "zadziwiające, że ta bułka wytrzymała tu tyle lat i jeszcze nie zarosła pleśnią.". Najwyraźniej pleśń osadzała się tylko na miękkim jedzeniu[1].
  Ledwie przeszedł między najbliższymi półkami, a już zlokalizował powód owego okropnego, trupiego smrodu. Przed nim leżało rozkładające się ciało jakiegoś mężczyzny. Najwyraźniej długi czas nikt tu nie zaglądał. Wzrok Zdamira przykuł jednak pewien szczegół w martwym ciele. Dość spory szczegół, a konkretnie dziura ziejąca w jego brzuchu i bebechy wyciągnięte z niego na zewnątrz, jak gdyby ktoś chciał dobrać się do kręgosłupa martwiaka. Jaksarczyk poczuł jak ślina napływa mu do ust. Oczywiście z obrzydzenia i nagłego poczucia, że może w każdej chwili pozbyć się zawartości i tak już od jakiegoś czasu pustego żołądka. Odszedł w tył kilka kroków, i nim zdążył cokolwiek pomyśleć usłyszał kroki. Najwyraźniej należały do jednej osoby. Bagietkowy szermierz odwrócił się i wyczekiwał, nasłuchując co raz to głośniejszego stukania buta o drewno podłogi. Przez belki ujrzał średniego wzrostu mężczyznę uzbrojonego w szpadę, niosącego na koszuli pas z dwoma pistoletami, które wyglądały dość znajomo. Otępienie dopiero teraz powoli ustępowało i dopiero teraz szlachcic uświadomił sobie, że obcy miał na sobie jego własne ubrania! Przeszył go dreszcz i uderzyła zimna fala powietrza. Bo skoro ten skurwysyn miał na sobie jego ubrania, to on musiał mieć na sobie dokładnie nic.
  Ledwie przeciwnik odziany w strój szlachcica znalazł się blisko, nagi wojownik wyskoczył na niego, uderzając bagietką w jego głowę. Cielsko upadło na podłogę, ze skroni biedaka polała się strużka krwi. Teraz Zdamir zrozumiał, dlaczego wypieki Chlebomiła cieszyły się taką, a nie inną sławą. Jedno uderzenie wystarczyło, by zabić człowieka.
  Do pomieszczenia wbiegł kolejny strażnik, ubrany w inne, mieszczańskie ubrania, bez żadnej broni palnej, ale za to ze szpadą. Stanął w przejściu, kompletnie zaskoczony sytuacją[2]. Oszołomienie trwało na tyle długo, by nagi więzień mógł skrócić do niego dystans. Strażnik się ocknął i dobył stali. Zaczął od prostego pchnięcia, którego Zdamir po prostu uniknął, odskakując. Zamachnął się wypiekiem z lewej, ale jego przeciwnik także uniknął ciosu. Nie miał jednak czasu na kontrę, bowiem chlebowy wojownik raz po raz zadał kolejne dwa ciosy, cały czas prąc do przodu. Pierwszego zamachu jeszcze udało się nieznanemu wojowi uniknąć, ale drugie musiał już sparować. Nadchodziło z góry. Rozległ się brzdęk łamanej stali. A potem dźwięk upadającego cielska na podłogę. Na bagiecie pojawił się kolejny ślad krwii i rysa powstała po zderzeniu z cienkim ostrzem.
  Westchnął. Wrócił do pierwszego przeciwnika i położył chleb uważnie na ziemi. Powoli zaczął rozbierać martwiaka. "Kurwa jego mać" — myślał — "kto by pomyślał, że porywają człowieka tylko po to, żeby opierdolić go z ubrań. Z moich pistoletów! Z moich, kurwa, skarbów! Jak tylko ujrzę tę kurwę, Ruchomirę. Do końca swego parszywego życia mnie popamięta. Pożałuje, że nigdy nie chciała włożyć do tyłka. Włożę jej zupełnie inną lufę i zobaczymy jak będzie spust wyglądał."
Był wściekły. Nic dziwnego, z resztą. Położył jeden z pistoli obok siebie, na wypadek, gdyby miał tu zaraz wpaść kolejny frajer proszący się o obicie bagietą.
  Kilkanaście minut później wkładał już pistole w pochwy na pasie. W ubraniu, z jego ulubioną bronią przy sobie czuł się o wiele pewniej. Dla bezpieczeństwa zabrał jednak ze sobą twardszą od stali bułę. Wyszedł z pomieszczenia, skierował się korytarzem do większych drzwi wyjściowych.
Wyszedł w sam raz, by być świadkiem potyczki bandytów ze strażą miejską. Bandytów, którzy najprawdopodobniej odpowiadali za jego porwanie. Nie myśląc wiele, dobył pistoletów i postrzelił dwóch łachudrów z toporami w dłoni. Walka nie trwała długo. Wsparcie, jakie dał strażnikom wraz z elementem zaskoczenia wystarczyło, by przesądzić o wyniku potyczki. Zaraz podbiegł do kapitana oddziału i dowiedział się, o co w ogóle chodziło.
  Od jakiegoś roku w mieście funkcjonowała szajka zbrodniarzy porywających ludzi podczas seksu z kurtyzanami. W swe interesy wprowadzali co raz to kolejne dziwki z bogatych części miasta, po to by grabić bogaczy z ich kosztowności, które często nosili na spotkania z kurwami. Ukrywali ich, zostawiali w różnych miejscach i opuszczali je. Było ich w sumie siedemnastu, choć tutaj leżało tylko pięć trupów, plus dziwki, którym grozili śmiercią, jeśli się nie zgodzą na ich warunki. Zdamir był pierwszym, który przeżył spotkanie z nimi, ale tylko dlatego, że rozpoczęła się obława na zbirów, podczas gdy go transportowali do magazynu. Teraz grupa została rozbita, a Mirosil było znowu bezpieczne.
Po złożeniu swoich zeznań i wysłuchaniu kapitana, Zdamir udał się do Ruchomiry, która z płaczem rzuciła mu się w ramiona i łkając skarżyła się o tym, jak jej grozili te straszne zbiry. Podziękowała za ratunek, gdy tylko usłyszała, że już jest bezpieczna i zaoferowała mu swe usługi za darmo przez następny miesiąc.
Bo wszystko jest dobre, co się dobrze kończy moi mili!

Przypisy:
1 — Nazwanie tego wypieku jedzeniem jest dość odważnym stwierdzeniem. Jeśli ktoś spróbowałby smaku tego kamienia, straciłby zęby. Nieliczni, którzy próbowali tworów Zakalcomiła twierdzą, że chleb smakuje "fajefiśsie".
2 — Nie mów, że Ty nie byłbyś oszołomiony widząc nagiego mężczyznę obezwładniającego szermierza metrowym kawałkiem chleba. Widoku dopełniała erekcja pozostała Zdamirowi po myślach o Ruchomirze, najlepszej dziwce w całym Mirosil.
Ostatnio edytowano 30 mar 2017, 19:39 przez Antymag, łącznie edytowano 3 razy
Powód: literówki D:
Tylko poważne sesje. Ale za bycie zbyt poważnym zabijam.

Avatar użytkownika
Lalkarz
Szary Inspektor
Narrator
Miano: Obiekt 23
Profesja: Protetyk
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 14/14
Korony: 2125
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 140
Dołączył(a): 17 gru 2016, 19:41
Lalkarz

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Lalkarz » 26 mar 2017, 18:00

Odwilż i oczyszczenie.

  Nadchodziła wiosna, czas kiedy śnieg ustępuje, a na jego miejsce pojawiają się kwiaty, trawa oraz wszelkie zwierzęta. Czas radosny, czas przeznaczony aby dziękować Onym za kolejny rok życia i podzięki za dar świadomości.

  Tak jak czas uwolnił Krajobraz od duszącej białej, zimnej pokrywy, tak uwolnił i ukształtował pewnego Waldgrosseńskiego kapłana o Imieniu Richard Neubauer mieszkającego w Kinkengrad. Początkowo zgadzał się w pełni z dogmatem Kościoła. Mijały dni i miesiące, a jego poglądy zaczęły się zmieniać jak pory roku. Początkowo nawoływał do wzajemnego umiłowania wszystkich ludzi, także tych chorych psychicznie. Nie minęło dużo czasu żeby zdarł z siebie szaty kapłańskie i wszedł między wiernych jak równy z równym głosząc prawdę wśród nich.
“Naszych żyć nie mamy na własność, od łona do łoża jesteśmy połączeni. Przeszłość i przyszłość. Formujemy je przez nasze czyny i słowa, co później ma odbicie w naszych przyszłych wcieleniach dzięki Onym.”
  Kolejne osoby dołączały się do nowoutworzonego ruchu religijnego. Najwięcej ludzi gromadziło się gdyż słyszeli, że ich miłość będzie się przewijać przez nieskończone wcielenia aż do końca czasu i ponownego zjednoczenia z Onymi.

***
Jednak nie wszystkim spodobała się to pokojowe wystąpienie i chęć reformowania Kościoła Onych. Wiele kapłanów którym wierni przechodzili do rodziny składało zażalenia do swoich przełożonych. W końcu informacja o tym tworze dotarła do rady hierofantów.

Nastał pierwszy dzień wiosny i rodzina Neubayera, ponieważ tak siebie nazywali liczy już sobie około 260 Członków, którzy chodzą po mieście i nawołują ludzi według prawd jakie im opowiadał sam Brat Neubayer. Bardzo szybko rozprzestrzeniali się po mieście, zostali nazwani przez Radę ospą Neubayerską, a choroby trzeba zwalczyć.

***
  5 dzień wiosny roku 1525 Zapadnie w pamięć mieszkańców Kinkengrad jako “Dzień żelaznego sądu” Już o świcie kuźnie poczęły wytapiać żelazo, nie na narzędzia i bronie lecz przygotowywali się do sądu heretyków.
Następnie poczęto wyłapywać wszystkich należących do “Rodziny”, a na samym końcu złapano nieposłusznego kapłana.

Kolejno poza murami miasta pojawił się kilku metrowy pal z żelaza, przygotowany specjalnie na tą okazję. Całą “Rodzinę” przyprowadzono przed to miejsce, rozłożono ich oraz przywiązano przed żelaznym prętem, Richarda przywiązali na 3 metrze tego pala.

  Po chwili przyszła także rada Hierofantów z Arcykapłanem na czele. Nawet się nie naradzali, pewnie ustalili już to wcześniej…
Następnie odezwał się Arcykapłan. — Wszystkie gardziele heretyków muszą zostać oczyszczone płynnym żelazem, aby nie bezcześcić dalej Onych!—
Kolejno przybył powóz z kadzią nad którym czuwali kowale i drudzy, czerwona poświata roztopionego żelaza okalała ich twarze i maski. Rozpoczęło się piekło dla reformatorów kościoła. Każdy kolejno, powoli dostawał swoją dawkę żelaza prosto do gardłą. Żelazo bardzo szybko rozprawiało się z niewyparzonym językiem bluźnierców i brakiem poszanowania waldgrosseńskiego kościoła. Neubayer przywiązany do żelaznego pala widział doskonale jak jego marzenia i nadzieję zalewa rozżarzony metal. Widział jak każdy po kolei ginie przez wypalenie mu wnętrzności metalem.

  Po paru godzinach obrzędu, kiedy “Nakarmili” już wszystkich. Ułożyli ciała dookoła palu. Kiedy dzień chylił się ku wieczorowi, podpalili ciała. Tak aby każdy obywatel Kinkengradu widział jak kościół rozprawia się z osobami które zmieniają naukę kościoła.
Ogień powoli pożerał kolejne ciała niewiernych aż w końcu dotarł pod żelazny pal na którym wisiał Neubayer.
  Na następny dzień ze “Rodziny pozostał jedynie proch, żelazne resztki oraz trzy metrory pal który przypomin mieszkańcom wczorajsze wydarzenie.

  Wiosna w Kinkengradzie prócz w Kwiaty przybrała się w spalone martwe ciała ludzi, a w powietrzu nadal unosił się zapach szczątek ludzkich.
I had strings, but now I'm free, there are no strings on me. Now I wield the strings, now I command to dance as I play.

Obrazek

Avatar użytkownika
Kociebor
Ojcomatka
Narrator
Miano: Kociebor
Profesja: Dosłownie żywa broń
Płeć: Mężczyzna
Korony: 70
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 229
Dołączył(a): 13 maja 2015, 22:46
Kociebor

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Kociebor » 30 mar 2017, 19:19

Każda rodzina trzyma swojego trupa w szafie,
Niektórych jednak morowe powietrze zdaje się nie opuszczać.


Zima znowu nadeszła wcześniej, przymrozek zniszczył większość plonów. Cały kontynent zakrył śnieg, wielu ludzi umarło z głodu jeszcze więcej z wyziębienia. Szara szadź zbierała krwawe żniwo dzień za dniem.
Robert Eckhardt patrzył przez okno sklepu swojego ojca na zamarznięte pod ścianą przeciwległego budynku ciało młodego mężczyzny. Jeszcze wczoraj pamiętał jak ten śpieszył się do warsztatu by zdobyć pieniądze, najpewniej dla swojej rodziny. Nie udało mu się.
Nie wiedział co się stało ale był prawie pewien że padł z wycieńczania wracając do domu. Jedna z jego rąk wyciągała się w stronę bramy Erzberg. Jego zamrożone oczy lśniły upiornym blaskiem patrząc błagającym o pomoc wzrokiem. Nikt z przechodniów jednak nie zwrócił na to uwagi. Codziennie przy drodze znajdowało się wiele podobnych obrazów. Kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi, rodzice i dzieci.
Przy zwłokach zatrzymał się wóz, ciało zesztywniałe niczym rzeźba bezceremonialnie załadowano na wóz a mieszek mężczyzny właśnie zabierał jeden ze strażników. Dla nich była to tylko kolejna ofiara mrozu. Gdy wóz odjeżdżał Robert zobaczył w poczerniałej z zimna dłoni wystrugany niewielki mieczyk. Zapewne dla synka zamarzniętego robotnika.
Młody panicz Eckhardt poczuł głęboki smutek wiedząc że bez żywiciela rodzina rzemieślnika skazana jest na śmierć. Zapewne zabierze ich kolejna noc i dołączą do lodowych rzeźb. Więzionych na wozach jedna obok drugiej lodowych makabrycznych posągów gdzieś daleko poza miasto.
Do wozu przy bramie podbiegła kobieta z dzieckiem, sądząc z tej odległości 6 letnim maluchem. Ze łzami w oczach ścisnęła zamarzniętą rękę trupa. Odmrożony palec odpadł a z dłoni wypadł mieczyk, podniósłwszy go malec zaniósł się płaczem. Matka chciała go uspokoić lecz ten wyrwał się i ruszył przez miasto. Kobieta nie wiedząc co robić ruszyła przez miasto. W tym momencie Eckhardt już wiedział. Ruszył przez miasto i złapał malca obok straganu z warzywami. Siłą wykręcił mu rękę i gdy tamten zwinął się z bólu zaprowadził do matki. Stanął na uboczu i obserwował. Kobieta pożegnała męża całując jego zimne zlodowaciałe usta. Kilka minut potem ciało znikło za bramą. Cicho i spokojnie zaproponował pomoc w trudnej sytuacji.

Zrozpaczona Julia Blatt przyjęła pomoc i wkrótce została pomocnicą w sklepie Roberta. A młody kupiec był szczodry, obdarowywał kobietę towarami które przychodziły do sklepu. Jej zwyczajne ubogie życie zmieniło się w raj. Mimo żałoby poczuła że zakochuje się w przystojnym młodzieńcu.
Nowe uczucie walczyło z przywiązaniem do nie żyjącego ukochanego i smutkiem po jego stracie. Z każdym spojrzeniem na syna zdawała sobie sprawę że jej uczucie do jej wybawcy jest złe, nie mogła jednak się oprzeć. Wstając do pracy zdała sobie sprawę, że gdyby nie dziecko już dawno rzuciła by się w ramiona panicza Eckharta.

Minęły trzy tygodnie, tego ranka nie wytrzymała. Zasypana kolejną falą komplementów i czułości uległa chwili. Jej delikatnie usta znalazły się przy jego gdy jak zwykle rano pocałował jej dłoń. Jego spojrzenie było pełne namiętności. Ich wargi spotkały się rozgrzewając oboje. Cały ły żal i napięcie z niej odpłynęło, nie czuła już nic poza pożądaniem. Ich ubrania znalazły się na ziemi. Musieli być cicho, bardzo cicho nim skrzypienie łoża obudzi jej synka. Nic takiego jednak się nie stało. Młodzienien był cudowny, jeszcze nigdy nie było jej dane kochać się tak intensywnie. Nie słysząc żadnych oznak obudzenia się chłopca przymknęła oczy, — To dziwne ale cieszę się że umarł. — pomyślała.

Z dłoni ciekła krew. Czerwone krople jedna za drugą rytmicznie kapały.
Ból był jedynym co czuła... tak bardzo chciała umrzeć, aby tylko to piekło się skończyło. Pod przeciwległą ścianą pokoju leżał jej syn. Leżał spokojnie... od godziny już nie wiercił się.
Jego męka się skończyła, był martwy... Z wydłubanymi oczami. Uduszony własnymi jelitami. Z półki patrzyła na nich głowa jej męża. Wypreparowana i schludnie umyta mogła tylko patrzeć na krwawą łaźnię.
Naga postać obróciła się w jej stronę. To był Robert, widziała jego podniecenie. Chciała krzyknąć ale jej język został skonsumowany przez tego bydlaka. Chciała wierzgnąć ale powstrzymały ją łańcuchy. Prażona straciła panowanie nad moczem i zwieraczami. Znowu...
Czuła piętrzący się odór ekskrementów resztkami tego co zostało z jej nosa. Orzeźwiło ją uderzenie. Znowu zostanie zgwałcona, przynajmniej tym razem jej syn nie będzie już na to patrzeć. jednak wtedy oprawca zatrzymał się. Wziął z półki wypreparowaną głowę i przybił ją gwoździkami do jej ręki. Popłynęło więcej krwi. To dobrze, chciała się wykrwawić. Przynajmniej jej męka się skończy. Wtedy znowu go poczuła. Znowu ją wziął. Chciała już tylko zasnąć. Jak wtedy ale tym razem już nigdy się nie obudzić.
Nie mogła, nie pozwolił jej zasnąć.


W bezchmurne zimowe niebo patrzyły zamrożone oczy. Dwie pary oczu i jedna para krwawej mazi. Ich nagie korpusy trzymały się za ręce... kilka kroków dalej. Pozbawione skóry kobiecy trup leżał bezwładnie obejmując ciało swojego mężą. Pomiędzy nimi był ich synek. Trzy głowy znalazły się na wierzchu sterty trupów, biedaków którzy umarli w zimie. W ich stronę nadciągał kolejny wóz wyładowany ciałami.
W oddali wzeszło słońce, niedaleko prastary kamienny krąg obwieścił pierwszy dzień wiosny. Promień słońca oświetlił małą ciemną strzałkę na kamieniu poza kręgiem.
Zmiana wiatru sprawiła że prastare miejsce pogrążyło się w morowym powietrzu... Jak co roku od tysiącleci. Kiedyś składano tu ofiary, potem grzebano tu biednych, ciała piętrzyły się a odwieczny zapach śmierci trwał mimo zapomnienia pradawnych obrzędów. Wzgórze ciał, przeklęte przez onych miejsce trwało i trwał pradawny rytuał już przez nikogo nie pamiętany. Zimna zbierała swoją daninę alby nadejść mogła wiosna. Czas życia poprzedzała śmierć.

Daleko w mieście Robert zmagał się z odorem w piwnicy. Znowu musiał pokryć wszystko wapnem i siarką. Byle tylko ukryć ciągnące się za nim morowe powietrze.
Obrazek

Avatar użytkownika
Drakar
Żywa Legenda
Nieaktywny
Profesja: Żniwiarz
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 20
Punkty Ducha: 1
Korony: 10
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 162
Dołączył(a): 01 maja 2014, 17:03
Drakar

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Drakar » 05 kwi 2017, 18:29

Po intensywnych naradach z pozostałymi członkami jury przedstawiam wyniki:

I Miejsce:

Kociebor

II Miejsce Ex aequo:

Antymag
Aerhardt

III Miejsce:

Lalkarz

Wszystkim gratulujemy i zachęcamy do brania udziałów w kolejnych konkursach.

//Jako że Drakariusz von Opierdalam się bo mogę, nie napisał żadnej pięknej przemowy — zrobię to ja. Bardzo mi się podobało, dziękuję za udział, wszystkie opowiadania były świetne, etc. etc. Prócz nagród, wszyscy traficie prosto do Kompendium Wiedzy. Brawo! Brawo! ~Vitek

Avatar użytkownika
Ren
Splamiona
Miano: Blanka
Profesja: Żniwiarz
Płeć: Kobieta
Punkty Wytrzymałości: 7/15
Punkty Ducha: 1
Korony: 50
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 152
Dołączył(a): 18 sty 2017, 23:12
Ren

Re: Wiosna Śmierdzi Trupem — Konkurs 2017

Postprzez Ren » 05 kwi 2017, 18:39

Jako, że jak powszechnie wiadomo, byłam członkinią tego "jury", chcę dodać coś od siebie, bo ten buc powyżej nie potrafi tego ładnie przedstawić.

Osobiście uważam, że wszystkie prace były piękne i NIE, to nie są czcze słowa, jakie przeważnie daje się w tego typu przemowach. Dosłownie wszystkie mi się podobały — zrobiliście dobrze mojej wewnętrznej sadystce, za co szczerze dziękuję. Żałuję jedynie, iż jeden z uczestników postanowił zniknąć z naszego forum pomimo nadesłania całkiem dobrej pracy, ale przeca życie to nie tylko uciechy cielesne i te umysłowe, ale także rozczarowania. Spisaliście się panowie, to muszę przyznać jako oceniająca. Oby tak dalej, keep going i tak dalej!

P.S. Musiałam to skomentować, bo ten buc powyżej to leń, tak tylko mówię
Leń. Pieroński.

Zaloguj  •  Zarejestruj

cron