Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Warsztat Wilkomira

Postprzez Eirlys » 04 sie 2017, 16:23


Warsztat Wilkomira


  Naprzeciwko kamiennej kaplicy Umrasila, wciśnięty pomiędzy wysoki jak wieża dom witrażystów a spory zakład tkacza, który w był założony jako jeden z pierwszych w mieście i od tego czasu mocno się rozrósł, jest warsztat Wilkomira, znamienitego łuczarza. Dwupiętrowy budynek w porównaniu do obu maluchów wydaje się żałośnie malutki, w dodatku w oknach zamiast szyb — czy to kolorowych, jak w budowli z lewej, czy też przezroczystych, jak u włókniarza — znajdują się bycze pęcherze, typowe raczej dla chałup biedoty. Skromności dodaje też szyld, którym jest po prostu kołyszący się na wietrze łuk zbity z cienkich desek, na którym przysiadają nieodmiennie wrony, toteż każdy, kto zamierza przekroczyć próg warsztatu, musi uważać na spadające z nieba białe, cuchnące niespodzianki.
  Dopiero wewnątrz można zrozumieć, dlaczego ludzie nieśmierdzący groszem nie powinni nawet marzyć o zakupieniu łuku u Wilkomira. Pierwszą izbą, do której wchodzi się wprost z ulicy, jest sklep, w którym nieodmiennie obsługuje cierpiący za suchoty młodszy syn rzemieślnika. Bogato rzeźbione łuki przeróżnych typów, a także skromniejsze, ale równie piękne dzięki eleganckim liniom łęczyska, zostały rozwieszone na hakach pomiędzy obrazami przedstawiającymi drużynę kniazią na polowaniu. Na półkach w wazach przywiezionych z Cesarstwa upchano strzały, z których wiele zdobią pióra egzotycznych ptaków zamiast zwykłych lotek.
  Bogatsi klienci mogli udać się dalej, do magazynu, w którym mistrz przechowywał egzemplarze szczególnie drogie swojemu sercu, albo jeszcze dalej, do właściwego warsztatu, gdy najstarszy syn wraz z całą gromadą terminatorów pod czujnym okiem Wilkomira wykonali zaprojektowane przez niego łuki. Sam mężczyzna, obecnie siwiejący już staruszek z drugą do pasa brodą i gęstymi brwiami, które rekompensują lśniącą łysinę na czaszce, od początku do końca wykonuje jedynie te okazy, które w zamierzeniu mają być niesamowitymi cackami. Pomimo że wszyscy pracownicy byli niezwykle kompetentni, mistrz nikomu nie ufał jak sobie, jeśli chodzi o szczególne zamówienia czy też wyśnione prace.
  Za warsztatem znajdują się izby, w których mieszkają terminatorzy i schody prowadzące na piętro, gdzie mieszka cała rodzina czcigodnego Wilkomira.

Avatar użytkownika
Żywia
Człowiek
Człowiek
Miano: Żywia
Płeć: Kobieta
Korony: 20
Szylingi: 5
Pensy: 4
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 21
Dołączył(a): 21 lip 2017, 16:41
Lokalizacja: Niedaleko stolycy wakacji
Żywia

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Żywia » 05 sie 2017, 14:36

Zadziwiający fakt, że jej boski żigolo pojawił się bez obstawy, sprawił, że dziewczyna zastanawiała się przez chwilę czy to na pewno ten sam chłop. A może miał brata bliźniaka i nosili jedne ciuchy na spółę? Całkiem możliwe.
Uśmiechnęła się wrednie pod nosem, kiedy zobaczyła jak mężczyzna zamarł po zobaczeniu, kto włożył mu łokcia między żebra. Najprawdopodobniej już zamierzał połamać wszystkie kończyny osobie, która to zrobiła. Jednak, kiedy zorientował się, kto go tak milutko przywitał, zmienił plany. Nie odezwał się do niej ani słowem, aby tylko udać się do Wilkomira.
Ku jej radości okazało się, że wcale nie będą musieli patatajać we dwoje na biednej Kryśce, która obraziłaby się zapewne na dobry tydzień. Przyjrzała się też jego wierzchowcowi. Był trochę większy od Krystyny i bardziej kudłaty. W tym rejonach było to plusem. Jednak Krystynie zdarzało się czasem marznąć. A, że Żywia o nią dbała, to nawet jej koń miał coś w rodzaju odzienia. I był nieco wolniejszy z racji tego, że karmiła go solidnie, aby miał zapas na wypadek większego mrozu albo głodu.
Wsiadła na Krystynę i od razu pognała za swoim dowcipnym (nie)znajomym. Niezadowolona Krystyna nawet nie próbowała rozpędzić się do galopu. Po prostu gnała w przeciętnym tempie. Najwidoczniej nie uważała, żeby sprawa była aż tak pilna, żeby musiała zdzierać podkowy.
Całą podróż przebyli nie odzywając się do siebie. Żywi pasowało to jak najbardziej. W końcu nie wymienili jeszcze ani słowa. No może poza porannym ponagleniem go, do wyruszenia na przygodę. Za to biedota bardzo chętnie się do nich odzywała, konkretniej to wyklinając, że przeszkadzają im w żebraniu. Kiedy jeden z bardziej odważnych żebraków stanął im na przeszkodzie, szkalując ich zachowanie, Krystyna zarżała złowrogo i stanęła na tylnych kończynach. Żywia trzymając się klaczy, krzyknęła tylko:
Wypierdalaj, bo Cię rozjadę!
Biedak chyba zrozumiał przekaz, bo schował swoje mikroskopijne jaja i przesunął się o kilka kroków. Wtedy Żywia ostatni raz spojrzała na niego z pogardą i ruszyła dalej. Krystyna była dosyć nerwowa i nie lubiła kiedyś ktoś zagradzał jej drogę. Stąd też jej agresywne zachowanie. Poza tym najwidoczniej w przeszłości była karana za zatrzymywanie się tylko dlatego, że ktoś stał na jej drodze. Dziewczyna tylko tak podejrzewała, bo to tłumaczyłoby dlaczego klacz jest znerwicowana za każdym razem, kiedy ktoś wpadał pod jej kopyta.
W końcu dotarli do dosyć skromnego domostwa rzemieślnika. Pozornie nie wyróżniał się niczym spośród domów wszechobecnej biedoty. Jednakże łuk mężczyzny świadczył o tym, że po prostu Wilkomir nie lubił szczycić się tym, że ma pieniądze. I po prostu mimo niepozornego stanowiska pracy, robił rzeczy zabójczo piękne i skuteczne.
Na szyldzie zasiadała dumnie wrona, która skrzeczała na nią złośliwe. Nie wspominając już o pozostałej hordzie, która wpatrywała się w nią znad dachu. Wredne cholery. Wyciągnęła jedną ze swoich strzał i trzymając za jej koniec, odgoniła ptaszysko, mówiąc:
A tylko mnie obsraj, gnido.
Nie szturchała wrony, lecz ją po prostu odganiała. Nie chciała pod nią przechodzić, bo ptaszor miał chyba złe zamiary względem Żywi. A znając mściwość wron już mogłaby poczuć jak białe gówno wylatuje z impetem z ptasie dupy i brudzi jej płaszcz. Na to pozwolić nie mogła. Na Żywię nikt nie miał prawa srać. To ona była od srania na ludzi.
Dziewczyna nie przywiązywała swojej dumnej klaczy, bo i tak nigdzie nie odeszłaby bez niej. A przywiązanie nie było ochroną przed złodziejami. Ochroną było za to porządne pierdolnięcie z podkowy w głupi, złodziejski ryj. Na samą tę myśl, aż się jej buzia uśmiechała. Cóż, za głupotę trzeba płacić.
Kiedy ptaszysko łaskawie odleciało z szyldu, a strzała została schowana do kołczanu, Żywia weszła do pomieszczenia tuż za jej ulubieńcem z przybytku brudu i rzeżączki… to znaczy karczmy.
Znajdując się już w środku rozejrzała się dokładnie. Zauważyła wiele dobrych łuków, które na pewno byłyby znakomitymi broniami. Jednakże kolana się pod nią nie ugięły. Były to raczej łuki w cenach dosyć przystępnych, na które mógł pozwolić sobie nawet średnio zamożny przybysz. Spoglądała również na drzwi, za którymi mógł jawić się skarb nie z tej ziemi. Łuki tak piękne, że można dostać orgazmu na samą myśl o ich zobaczeniu. W samym pokoju mogła ujrzeć młodego mężczyznę, który cierpiał najprawdopodobniej na suchoty. Tak wnioskowała po jego kaszlu. Wiedząc, że nie jest to zbyt przyjemna choroba, naciągnęła kawałek materiału ze swojego płaszcza na usta i nos. Może i w jej wiosce zdarzały się takie zarazy, a ona była jedną z tych, którzy się nie zarazili, ale wolała nie ryzykować. W ogóle kto do cholery wymyślił, żeby człowiek chory pracował z klientem? Bardzo roztropne posunięcie.
Nie mówiąc ani „dzień dobry”, ani „pocałuj mnie w dupę”, po prostu stała, czekając aż jej towarzysz uruchomi swoje kontakty. Chciała porozmawiać osobiście z Wilkomirem, proponując mu rozwikłanie jego problemów w zamian za jakiś przecudowny łuk. Umowa miała być prosta. Ona sprzątnie jakiegoś śmiecia z ulicy, a on da jej to, czego tak bardzo pragnie. Spojrzała wymownie na don żigolo, z którym tu przybyła. Może raczyłby w końcu otworzyć gębę i powiedzieć co do chłopaka?
Obrazek

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Eirlys » 08 sie 2017, 17:18

  Mimo że Krystyna nie czuła się zobowiązana do utrzymywania tempa, jakie narzucił bawidamek na swej poczciwej klaczy, Żywia ani na chwilę nie straciła go z oczu. Mężczyzna w końcu co chwila musiał rozpędzać żebraków, a gdy tylko dziewczyna widziała jakiegoś okutanego w zabrudzone zaschłym brudem, krwią — w końcu żule czasem musiały brać sprawy w swoje ręce, gdy uczciwi mieszkańcy Śnieżnej Przystani nie chcieli ich wspomóc brzęczącą monetą z czystego odruchu serca — i ropą łachy, który wymachuje rękami i ubliża w kierunku, gdzie wciąż jeszcze wirowały płatki śniegu wzniecone w galopie, to od razu wiedziała, gdzie ma się udać. Co prawda jazda przez to nie była jakoś szczególnie przyjemna, nie wtedy, gdy żebracy niczym spasione gołębie pchali się do ludzi, wyciągając ręce po pomoc, jaka się im w ich mniemaniu od pracujących mieszczan należała. W dodatku cały czas Żywii towarzyszyły wyzwiska, co prawda rzucane raczej pod adresem nielubianego przez nią podrywacza, ale słyszała teraz takie słowa, których powstydziłby się nawet prosty chłop. Uszy więdły, gdy bezdomni w zgryźliwych słowach wyklinali na matkę i pozostałe kobiety w rodzinie mężczyzny i opisywali szczegółowo, jak wygląda pewna część jego fizjonomii, jak funkcjonuje i co ich zdaniem powinno się z nią stać. Obraz więdnących, gnijących i złamanych przyrodzeń to najlżejsze wizje z tych, jakie przywołali. Na szczęście owa urocza przejażdżka nie trwała długo dzięki szaleńczemu tempu Namira, a na ulicy, gdzie mieścił się warsztat, bezdomni dziwnym trafem nie przesiadywali.
  Przesiadywały tam natomiast wrony, kruki i jeszcze te mniejsze, ale równie skrzekliwe i głośne ptaszyska. Wszystkie zgodnie krakały, a wronisko siedzące na szyldzie dybało na cnotę... znaczy na czystość odzienia Żywii. Ale dziewczyna nie była jakąś płaczliwą dziewuszką, co to o swoje dbać nie potrafi, o nie. Wyciągnęła strzałę z kołczanu, lecz nie z zamiarem strzału — w końcu wrona ma tyle mięsa, co nic, szkoda marnować wcale wyborne strzały — a jedynie skłonieniem ptaka, aby łaskawie odleciał, nie znacząc białą plamą kaptura Łuczniczki. Ptaszysko było temu niechętne, widać już od dawna czatowała na jakiś dobry cel, a podrywacz wszedł zbyt szybko, aby zdążyła spuścić swój cuchnący ładunek wprost na jego lśniące, czarne kędziory. Przez chwilę trwał swoisty pojedynek na spojrzenia — wrona czujnie patrzyła paciorkami oczu wprost w utkwione w błękitnych tęczówkach źrenice Żywii, a dziewczyna odwdzięczała się tym samym. Szkoda bardzo, żeby byle zwierzę uważało się za lepsze od niej, już nie mówiąc o pozostawieniu na jej odzieniu wątpliwej ozdoby w postaci gówna na odzieniu. W końcu ptak zrezygnował i ze smutnym krakaniem zamachał rozłożystymi skrzydłami, ciężko wzbijając się w powietrze. Łuczniczka w poczuciu zwycięstwa weszła do warsztatu, w końcu widząc piękne łuki wykonane ręką prawdziwego mistrza. A przy tym nie dało się ukryć, że dało się wyczuć, że rozłożone okazy nie są tymi, które w pełni oddają kunszt Wilkomira. Oczywiście były piękne i solidne, ale gdzie im do cudeńka, jakie zawsze trzymał przy sobie kobieciarz.
  Namir właśnie radośnie gawędził sobie z pokasłującym mężczyzną, który dzielnie stał za ladą. Nie przejmował się tym, że jego rozmówca wyraźnie był chory, jego trupiobladą twarz pokrywały czerwone plamy, a kaszel wstrząsał wątłych, chudym ciałem. Zamiast odsunąć się, przyjacielsko klepał suchotnika po plecach i coś tam mu radośnie prawił, na co chory próbował się uśmiechnąć, by nie urazić znajomego. Że jednak choroba znacznie go osłabiła, to i uśmiech był słaby. Ot, lekkie wygięcie warg w grymasie będącym zaledwie cieniem uśmiechu.
Mężczyźni byli tak zajęci rozmową, że nie zwrócili uwagi na Żywię. Chociaż może prawdziwym powodem było to, że Namir jeszcze nie przedstawił jej we wszelkich superlatywach, które to przedstawienie mogłoby wywrzeć na synu mistrza takie wrażenie, że byłby nią zachwycony, nim jeszcze ją poznał. Dziewczyna słyszała, jak to bawidamek wychwala jej zdolności, kładąc nacisk na niezłomny charakter, lata ciężkich ćwiczeń i niesamowite oko do doskonałej broni. Zupełnie jakby ją znał mówił o konieczności rozwiązania rodzinnego problemu — a czyż problemem nie było to, że Łuczniczka nie znała swego ojca i nie wiedziała, jaki był jego związek z torturami matki? — i wzniosłych marzeniach, które w oczach ograniczonej ciemnoty nie przystają kobiecie. Był przy tym taki przekonywujący, jakby Żywia sama mu o sobie opowiedziała. Ciekawe, czy mężczyzna chociaż podejrzewa jak wiele z jego bujd to w istocie najświętsza prawda. Czyżby aż tak dobrze czytał z ludzi, że rozszyfrował jej biografię, czy może też losy Łuczniczki nie były aż tak niezwykłe, aby pospolity kobieciarz nie mógł ich wymyślić? W końcu syn Wilkomira wyraził cichą nadzieję na poznanie owej damy, na co jego przyjaciel — ku ogromnemu zaskoczeniu suchotnika — rzekł, że oto myślał, że jego przyjaciel tego zapragnie i dlatego zaprosił ją do warsztatu.
  — Miło mi panią poznać. Namir sporo o pani opowiadał... — powiedział, skłoniwszy się nisko, wyraźnie niepewny, od jak dawna kobieta słuchała ich rozmowy.
  Ciemnowłosy stał ze swym nieodłącznym uśmiechem na ustach, a cała jego postawa wyrażała jego samozadowolenie. Na razie nie uczynił nic, aby wyjawić prawdziwy powód obecności Żywii, zdołał jednak wzbudzić do niej sympatię w synu Wilkomira. Stał więc sobie bez słowa, czekając na słowa dziewczyny.

Avatar użytkownika
Żywia
Człowiek
Człowiek
Miano: Żywia
Płeć: Kobieta
Korony: 20
Szylingi: 5
Pensy: 4
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 21
Dołączył(a): 21 lip 2017, 16:41
Lokalizacja: Niedaleko stolycy wakacji
Żywia

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Żywia » 08 sie 2017, 18:07

  Ignorując pogardliwe słowa żebraków pędziła niczym wschodni wiatr spienione fale. Tak przynajmniej wydawało się Krystynie. Bowiem Żywia miała nieco inną definicję, która określała zabójczą prędkość jaką rozwinęły. Było to niczym bieg kulawego po górach. Może i Namir na swym wiernym rumaku wystrzelił jak Cygan po zasiłek, ale Żywia nie traciła go z oczu. Poza tym krzyki biedoty były świetnymi drogowskazami.
Kiedy już dotarli do miejsca docelowego, gdzie biedota o dziwo nie zaglądała, a walka na spojrzenia z wroną została wygrana, dziewczyna weszła do warsztatu. Rozglądając się bacznie po półkach, powstrzymywała pokusę, aby dotknąć co niektórych bardziej okazałych łuków. Przyglądała się również bogato zdobionym strzałom. Były niezwykle piękne, jednak Żywia nie lubiła wydawać pieniędzy. Wolała sobie sama tworzyć strzały. Było to rozwiązanie prawie, że darmowe i proste. Jednak miło byłoby kiedyś zaopatrzyć się w takie cacka. Zapisała sobie w głowię strzałę z czerwonymi piórami do listy rzeczy, jakie musi kiedyś kupić.
  W międzyczasie przysłuchiwała się rozmowie swojego don żigolo z synem Wilkomira. Cudem opanowała swoje zdziwienie, kiedy to mężczyzna opisywał jej żywot i kunszt. Zastanawiała się czy on ją zna i celowo próbował zwrócić jej uwagę kretyńskimi podchodami czy jej życie było tak nudne i przewidywalne, że nawet taki debil, mógł wymyślić coś podobnego na poczekaniu.
  W jej głowie zrodziła się myśl, że ich spotkanie nie było przypadkowe. Może naprawdę ją znał? Może wręcz jej oczekiwał? Tylko pytanie brzmiało dla kogo pracował i czego chciał od Żywi? Wszystkie te pytania musiały pozostać bez odpowiedzi, bowiem nie czyniło to nadal z niego godnego kompana do rozmowy. Nadal był tym parszywym kobieciarzem, którego mózg stawał w poprzek na widok każdej urodziwej niewiasty. Dziewczyna była wręcz zażenowana tymi wszystkimi superlatywami o niej samej. Jednak pozostawiała to wszystko bez komentarza, próbując nie zdradzać się. Miała nadzieję, ze tylko tak wymyślił jaką historyjkę na poczekaniu. Gdyby okazało się, że znał jej przeszłość… zaczęłaby się obawiać. Najprawdopodobniej wisiało nad nią parszywe widmo nieuchronnej rozmowy na temat kim jest, czego od niej chce i skąd ją zna. Żywia bowiem nikomu nie opowiadała swojej historii, a większość, która znała opowieść o jej matce, zginęła w płomieniach, bądź w deszczu strzał.
  Wzdrygnęła się na samo to wspomnienie. Od razu kiedy myślała o tym, przed oczami stawał jej obraz konającej matuli. Naprawdę nieprzyjemne wspomnienie. Jej rozterki zostały przerwane w momencie, kiedy syn Wilkomira skierował swoje słowa bezpośrednio do niej. Biorąc pod uwagę, że mężczyzna wyraził chęć poznania jej oraz słyszał o niej same dobre rzeczy, Żywia musiała również się postarać. Z niechęcią, ale jednak postanowiła pograć miłą osóbkę. Ściągnęła kaptur z głowy i równie nisko ukłoniła się mężczyźnie. Jej don żigolo mógł po raz pierwszy zobaczyć w pełni jej twarz oraz włosy, z których warkocz chował się pod resztą peleryny. Zerknęła na niego badawczo, zauważając ten durny uśmieszek. Jednak od razu wróciła do syna rzemieślnika. Biorąc pod uwagę, że alvaro witał się z nim, tak jakby był zupełnie zdrowy, stwierdziła, że najwidoczniej nie zaraża. Albo jak i ona alvaro uodpornił się poprzez bliski kontakt z tą okropną chorobą. Kiedy wyprostowała się po głębokim ukłonie, odpowiedziała miło synowi Wilkomira:
Mi również miło pana poznać.
Zmusiła się nawet na sympatyczny uśmiech, po czym dodała:
Doprawdy nie wiem, skąd Namir tyle o mnie wie.
Znowu odwróciła twarz w jego stronę posyłając mu spojrzenie, którego mogłoby zabić. W wyobraźni właśnie paliła go żywcem. Właściwie to ułatwiało jej wesołe świergotanie. Oczywiście jej spojrzenie dotarło tylko do Namira. Potomek Wilkomira nie mógł go dojrzeć, z racji tego, że odwróciła głowę do granic możliwości. Z powrotem na jej twarzy zawitał uśmiech w momencie, kiedy zwróciła się ponownie do syna rzemieślnika. Otworzyła ponownie usta, mówiąc:
Chciałabym zrobić z panem pewien interes. Ale wolałabym to omówić w obecności pana Wilkomira i pana, w bardziej ustronnym miejscu. Rozumie pan, to dosyć delikatna sprawa.
Dała jasno znać, że nawet Namir nie miał prawa być przy tej rozmowie. Co za pewne sprawiło, że jego samozadowolenie nieco się zmniejszyło. Ale zależało jej na przedstawieniu tej delikatnej sprawy w bardzo kameralnym towarzystwie. Właściwie to wolałaby przedstawić to tylko i wyłącznie Wilkomirowi, ale wolała nie urazić jego syna. W końcu jeśli miał być jej przychylny, musiał poczuć się równie ważny.
Obrazek

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Eirlys » 08 sie 2017, 20:32

  Dziewczyna weszła w poczuciu chwały do warsztatu. Ubranie zostało nieobsrane, głupi ptak odleciał, a żaden biedak nie pałętał się pod kopytami biednej rozhisteryzowanej Krystyny, co w sumie świadczyło o bardzo udanej przejażdżce i całkiem dobrym humorze. Dodatkowo miły nastrój utrzymywały piękne łuki, tak kusząco porozwieszane na ścianach, że aż korciło, by pogładzić je po wypolerowanych łęczyskach. Żywia jednak wiedziała, że nie pasuje przyszłej morderczyni i łowczyni głów zachowywać się w poważnym sklepie jak dziecko, toteż trzymała ręce przy sobie, a usta zamknięte, nie wydając z nich żadnych ochów czy achów. Takie zachowanie pasowałoby raczej do kobietek tulących się wczorajszego wieczora do Namira, one jednak nie doceniłyby raczej surowego piękna broni. Żywia w przeciwieństwie do nich była rozsądną kobietą i wszelkie zachwyty ograniczyła do pochwał wygłoszonych w głowie, w myślach też sobie zanotowała, że kiedyś kupi strzałę z czerwonymi piórami. Cacko ładne, chociaż może nie niezbędne, ale czemuż miałaby sobie odmówić tej drobnej fanaberii? Była grzeczną dziewczynką, dobrze się prowadziła, nie dawała się nikomu obracać na sianie i nie miała nieczystych myśli, jedynie oddawała się fantazjom o torturach.
  Teraz jednak nie czas było oddawać się marzeniom, gdyż Żywia była świadkiem bardzo interesującej rozmowy pomiędzy chorym a znanym jej od wczorajszego wieczora kobieciarzem. Ciemnowłosy stawał się z każdym słowem coraz bardziej intrygujący, jednak nie w takim sensie, który rozpalałby Łuczniczce zmysły lub nakazywał jej zrzucić z siebie bieliznę jak najszybciej i spółkować z tym mężczyzną jak króliki. O nie, owa intrygująca natura smagłego młodzieńca irytowała i przerażała jednocześnie. Wydawał się wcześniej za głupi na tak trafne bajeczki na temat historii dziewczyny. A tymczasem mówił z przekonaniem i prawdziwie, ale czy miał się jakoś tego wszystkiego dowiedzieć? Może miał prawdziwy dar, jakim szczycą się objeżdżające wsie wróżki i naciągające ciemnych chłopów na wywróżenie im za miedziaka lub trzy świetlanej przyszłości? A może śledził ją lub w jakiś inny sposób poznał historię jej życia? Tylko czy wtedy tak chętnie opowiadałby ją swemu przyjacielowi wiedząc, że niewiasta słyszy każde słowo? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi, a każde kolejne mnoży ich więcej, jak te nieszczęsne, wspomniane wcześniej futrzane kulki parzące się ze sobą krótko lecz intensywnie. Łuczniczka postanowiła jednak porozmawiać z mężczyzną od serca i tym samym rozwiać swe wątpliwości. A jeśli nie od serca, to pod groźbą strzały puszczonej z doskonałego łuku i wycelowanej w sam środek oka, jeśli Żywia powstrzyma swój wstręt i bliżej podejdzie do kompulsywnego podrywacza.
  A żeby było gorzej, przemowa ciemnookiego przywołała wspomnienia biednej matki dziewczyny. Cierpiącej, bitej i torturowanej z Oni tylko wiedzą jakiego powodu. Na szczęście Łuczniczka nie rozpamiętywała tego długo, gdyż syn Wilkomira w końcu dowiedział się o jej obecności, toteż dziewczyna odczuła potrzebę uruchomienia całego uroku i przekonania mężczyzny do pewnego układu... Ale to już w innym towarzystwie, ciemnowłosy już i tak wie za dużo. Lub też zbyt wielu rzeczy się domyślił. Albo zbyt wiele potrafi zmyślić, nieważne, ważne, iż nie należało mu ufać. Nie dość, że pragnie posuwać każdą pannę, jaka mu wpadnie w ręce, ale też wykazuje się zbyt dużą przenikliwością w snuciu życiorysów osób, których nie powinien znać. Z przekonaniem o słuszności tego wniosku, dziewczyna skłoniła się głęboko, grzecznie odpowiadając na ukłon suchotnika, pokazała swą lalkowatą buzię i dała do zrozumienia, że przemyśliwa sobie o pewnym układziku, o którym Namir nie powinien wiele wiedzieć. Słysząc to, syn mistrza się zmieszał, powiedział jednak, iż przekaże ojcu jej słowa, gdy od tego ostatniego wyjdzie lekarz. Podrywacz wobec tego postanowił wyrazić autentyczne — bądź też doskonale podrabiane — zaniepokojenie zdrowiem wspaniałego Wilkomira, zamiast oburzyć się słowami Żywii. Czy był urażony, dziewczyna nie wiedziała, gdyż tak szybko jego przystojne oblicze przyjęło wyraz troski, że próżno było szukać innych emocji. Suchotnik powiedział coś ściszonym głosem, tak więc ciemnowłosa nie była w stanie dowiedzieć się o ewentualnej chorobie mistrza, co musiało uspokoić bawidamka.
  Drzwi znajdujące się po lewej stronie lady otworzyły się i wyszedł z nich wysoki szpakowaty mężczyzna ubrany w drogie ubrania i roztaczający dookoła siebie silną woń ziół i lekarstw. Odprowadzała go młoda, niska i pulchna niewiasta o wielkich błękitnych oczach, ubrana w również drogi strój — bogato zdobioną zieloną suknię podszytą futrem na dole, kołnierzu i rękawach — która kilkakrotnie dziękowała mu za wizytę i obiecywała złote góry w podzięce. No może nie góry, ale wymienione przez nią przedmioty — w tym strzały i nowy łuk — były znacznej wartości. Gdy lekarz wyszedł na zewnątrz, wyklinając przy tym na ptaki, kobieta pomachała mu jeszcze na pożegnanie i nagle zastygła, wpatrując się zdziwiona w Namira. Ciemnowłosy uśmiechnął się do dziewczyny, może nie brzydkiej, ale też i nie piękności i rozrzewionym tonem zaczął:
  — Moja pani... — co wyrwało z ust suchotnika głębokie westchnienie, takie, jakim kwituje się głupotę ludzi. Niewiasta w końcu się opamiętała i zapytała twardym tonem "Kto to?", nie wyjaśniając o kogo jej chodzi.

Avatar użytkownika
Żywia
Człowiek
Człowiek
Miano: Żywia
Płeć: Kobieta
Korony: 20
Szylingi: 5
Pensy: 4
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 21
Dołączył(a): 21 lip 2017, 16:41
Lokalizacja: Niedaleko stolycy wakacji
Żywia

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Żywia » 08 sie 2017, 23:38

  Oglądała wszystkie bogate towary z niemałym zachwytem, jednakże mając świadomość, że jest to namiastka tego, co można było tutaj zobaczyć, to nie wzdychała do każdego lepszego łuku, niczym na widok najprzystojniejszego żigolo w okolicy. Jednak Żywia potrafiła świetnie ukrywać swoje uczucia, jak i intencje. Mogła więc patrzeć z obojętnością, albo wręcz z pogardą nawet na największy cud świata. Może jedynie przy torturach mimowolnie jej mordka przywdziewała na usta podkówkę, sugerującą, że dziewczyna jest niezwykle radosna. Ale niestety nie zawsze można było tak obnosić się ze swoim dobrym humorem. Znacznie lepiej było nałożyć maskę obojętności. Człowiek to aktor, a życie to scena. Tylko kim jest reżyser? Oni? Los? A może każdy był kowalem swojego losu? W takim razie marnie sobie napisała życiorys. Jakiż on był smutny i melancholijny. Choć z drugiej strony stała się tak, dzięki temu, co przeżyła. Gdyby nie przeżyła tego wszystkiego, może byłaby zupełnie inną osobą? A gdyby jej losy potoczyły się zupełnie inaczej? Gdyby jej matka nie została porwana? Wtedy zapewne żyłaby jako bogata pannica. Nigdy nie poznałaby swoich przybranych rodziców. Ale czy wtedy jej życie nie byłoby mdłe? Zupełnie jak opowiadania o grzecznych dziewczynkach, wychowywanych od najmłodszych lat na dobre żony? Któż to mógł wiedzieć. Musiała jednak doceniać to, co miała. Czerpać z życia pełnymi garściami, nie patrząc za siebie. Kłody, które życie rzucało jej pod nogi zbierać i tworzyć z nich wielkie ognisko, dające ciepło. Albo kiedy los daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. Można było i tak.
  Te głębokie niczym kałuża przemyślenia zostały przerwane przez przepiękną i o zgrozo bardzo zbliżoną do prawdy historię jej życia. Jednak dziewczyna nie zamierzała się wtrącać. Tylko z ciekawością podsłuchiwała, co on tam ciekawego o niej powie. Przy czym udawała, że jest niezwykle zainteresowana towarem, jaki mogła tutaj nabyć. Udawała, że po prostu jej tu nie ma. Jak gdyby była tutaj tylko duszą, a nie ciałem. Jak ninja kamikadze podsłuchiwała każde, choćby najcichsze słówko, żeby w pewnym momencie wysadzić się w powietrze. W takim razie była bardziej nerdyjskim kamikadze. Powinna wybuchnąć, krzycząc „Fani kabira!” i obryzgać cały sklep radośnie swoimi flakami. Propozycja niezwykle kusząca, jednakże postanowiła jej nie ulec. Dlatego też dalej nasłuchiwała z uwagą słów obu mężczyzn.
  Następnie już rozmawiała z chorym człowiekiem, który pokasływał smętnie. Jego twarz była niezdrowo blada, papierowa, przez którą mogła gołym okiem zobaczyć każdą żyłkę. Był też niezwykle chudy, co objawiało się tym, że jego mętne oczy były niezwykle wyłupiaste, rysy ostre. Jak każda kostka mogła mu za chwile przeciąć skórę. Zaś jego chude i długie palce przypominały jej odnóża pająka korsarza, który budował skrupulatnie swoją sieć. Cały jego obraz był raczej przygnębiający, jak gdyby spotkała się ze śmiercią. Mogłaby przyrzec, że wyglądał już na martwego. I to od dłuższego czasu.
  Najwidoczniej nie tylko jego trapiła okrutna choroba. Z tego co zrozumiała to rzemieślnik też był chory. Ale niestety mimo wyśmienitego słuchu, nie dosłyszała konkretnie na co. Jednak wnioskując po minie swojego boskiego żigolo mogło wnioskować, że nie było to nic konkretnego. Najwidoczniej jakieś przeziębienie albo coś równie niegroźnego. Tak przynajmniej mogła się domyślać. Wyraziła słowa ciepłej otuchy i wsparcia:
Mam nadzieję, że pan Wilkomir już niedługo wróci do zdrowia. I pan również.
Uśmiechnęła się ciepło. Jednak nie zdołała się zdobyć na czułe poklepywanie po plecach czy inne bardzo fizyczne gesty. Bez przesady, żeby aż tak się angażowała. Przyszła przecież tutaj tylko po to, aby zdobyć wymarzony łuk.
  Po chwili w jej polu widzenia znalazł się mężczyzna, będący najprawdopodobniej lekarzem. Mogło to wnioskować między innymi po silnym ziołowym zapachu oraz całkiem przyzwoitemu odzieniu, które sugerowało, że jest całkiem zamożny. Praca lekarza była dobrze opłacana, jednak niezwykle ciężka. Tyle trupów ile się lekarz naogląda, zobaczy też pewnie najemnik na wojnie. A może i mniej?
  Lekarz nie zwrócił jednak jej większej uwagi ze względu na to, że był po prostu przeciętny. Ot niczym wyróżniający się zwykły, wykształcony człowiek. Zaś jej uwagę przykuła bardziej niewysoka, pulchna dziewczyna, która żegnała go z niesamowitą pieczołowitością, obiecując sowitą zapłatę za ratowanie zdrowia Wilkomira. Sądząc po wieku, najprawdopodobniej była córką rzemieślnika. Czy to była właśnie ta domniemana córka, którą Namir uratował przed gwałtem? Nie zamierzała jednak podejmować tego tematu.
  Przyglądała się jej uważnie, zauważając, że jest ubrana całkiem schludnie i powabnie. Jednak nawet mimo tego ładnego ubioru, biło od niej przeciętnością. Nie wyróżniała się niczym z tłumu, ot zwykły szary człowiek, którego codziennie widuje się na ulicy, a nie zapamiętuje nawet jego twarzy. Ciekawsza była jednak jej reakcja w momencie, kiedy zauważyła Namira. Najwidoczniej nie darzyła go zbyt ciepłymi uczuciami. Dziwne jak na kogoś, kto został uratowany przed gwałtem. Ale może to nie była ta córka? Kobieta zmarszczyła czoło i zadała niezadowolona pytanie. Ale o kogo jej chodziło? Spodziewała się, że właśnie o Żywię. Ale póki nie odezwała się wprost do niej, to nie zamierzała się tłumaczyć. Lepiej milczeć i sprawiać wrażenie głupca, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.
Obrazek

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Eirlys » 10 sie 2017, 20:26

  Błękitnooka doskonale panowała nad uczuciem zachwytu, które kiełkowało w niej, gdy patrzyła na łuki rozwieszono tu i ówdzie między obrazami, na których drużyna w pełnym rynsztunku poluje na jelenie i niedźwiedzie. Chociaż obrazy zostały doskonale dobrane, a malarz wykazał się ogromnym talentem w oddawaniu dynamiki polowania, szczegółów i ukazywaniu różnic w teksturach, to i tak główną ozdobą pomieszczenia były same łuki i strzały z lotkami egzotycznych kwiatów. Był jednak pewien szczegół, który pomógł Żywii zachować zimną krew — miała świadomość, że artysta na miarę Wilkomira potrafi stworzyć istny cud świata, którego nie da się porównać ze sztukami umieszczonymi w sklepie. W dodatku dziewczyna zwykle dobrze ukrywała swe emocje, jedynie radość z uczestnictwa w torturowania nieodmiennie wywoływała uśmiech na jej twarzy, którego nijak nie mogła powstrzymać. Zresztą czy był sens? Ofiara mogła się zacząć bać jeszcze bardziej, bo nie dość, że bezduszna kobieta torturuje, to jeszcze ją to bawi, a z takimi psychopatycznymi typami nigdy nie wiadomo, jak daleko się posuną. Jednak jakoś tak już z Żywią było, że jedna myśl od razu nasuwała kolejną i już po kilku sekundach w jej głowie toczyły się dysputy, często na ważkie i filozoficzne tematy. A przecież to, o czym rozmyślała teraz — kwestię przeznaczenia i tego, kto i w jakim stopniu nim kieruje — do takich spraw zdecydowanie należało, chociaż może wnioski błękitnookiej nie należały do najbardziej oryginalnych. W końcu doszła do tego, że ludziom nie pozostaje nic innego, tylko najlepiej wykorzystywać dawane im przez życie szanse i przemianowywać porażki w sukcesy.
  Po tej wzniosłej niczym przykurczony karzeł myśli dziewczynę otrzeźwiło gadanie Namira, który trochę zbyt prawdziwie opisywał jej życiorys. W związku z tym Żywia zaczęła snuć w głowie wszystkie możliwe scenariusze, wszystkie wyjaśnienia, które tłumaczyłyby tę niezwykłą przenikliwość kobieciarza. Dziewczyna jednak nie okazała zdumienia, znów powstrzymała wszelkie emocje i w związku z tym — swoim zwyczajem — oddała się kolejnym, dość dziwacznym rozmyślaniom, tym razem o tym, iż powinna stać się fanatyczką i sprawić, aby sklep spłynął krwią. Gdyby wymęczony chorobą suchotnik domyślał się chociaż części owych myśli, z pewnością przestałby czuć do niej respekt, a zaczął myśleć o niej jako wariatce i niebezpiecznej morderczyni, zwierzęcej i prymitywnej w swej bezustannej żądzy zabijania. Na szczęście jednak nawet dzięki nienaturalnie dużym niebieskim oczom, stale załzawionym od ustawicznego kaszlu, mężczyzna nie zdołałby na wskroś przejrzeć psychiki swojej nowej znajomej. Wobec tego wydawał się dość pozytywnie nastawiony do owej niesamowitej damy, o której właśnie naopowiadał mu jego bardziej żywotny — sądząc po licznych stosunkach z kobietami — przyjaciel i chociaż słowa Żywii go zdziwiły, nie okazał przecież, że nie przychyli się do jej prośby.
  Zaraz potem Łuczniczka mogła zobaczyć kolejnego członka rodziny Wilkomira, młodą niewiastę, którą wzięła za uratowaną przed gwałtem przez Namira córkę. Ciekawa była jednak relacja młodej kobiety z podrywaczem — ten wydawał się oczarowany młódką, dziewczyna jednak była mu raczej niechętna. Nie zrobiła maślanych oczu, nie westchnęła z zachwytem i nie padła w objęcia swego domniemanego bohatera, a zamiast tego odezwała się niemiłym tonem i kategorycznie spytała o czyjąś tożsamość. Ciemnowłosy szybko więc wytłumaczył, że Żywia jest jedynie nową znajomą — w tym momencie blondynka wydała z siebie dziwny odgłos, na wpół stłumiony okrzyk i histeryczny śmiech w jednym — i po prostu przyprowadził ją tutaj, gdyż chce zdobyć nowy łuk.
  Dziewczyna spojrzała więc na Żywię i krytycznym okiem zaczęła się przyglądać jej twarzy, strojowi, a najwięcej to łukowi.
—  Masz dobry łuk, pewnie już używasz go od dawna. Naprawdę chcesz tracić pieniądze na nową broń, gdy stara wciąż jest sprawna i pewnie leży ci w rękach tak dobrze, że możesz strzelać po nocy? — powiedziała to spokojnie, wyraźnie zaintrygowana. — Teść zawsze mówił, że nawet najpiękniejszy łuk, jeśli człowiek nie jest jego pewny, nie okaże się celniejszy tylko dlatego, że kupiło się go u dobrego rzemieślnika.
  Jasnowłosa poczekała na odpowiedź, mimowolnie pocierając przegub prawej dłoni. Dziwnym trafem ten gest musiał ją rozkojarzyć, bo gdy już usłyszała, co Żywia miała jej do powiedzenia, pożegnała się krótko i powiedziała, że idzie nakarmić dzieci. Jej wyjściu towarzyszył szelest spódnicy, a odprowadziło ją rozmarzone spojrzenie Namira. Mężczyznę albo pociągały pieniądze, albo upodobał sobie przeciętne, nijakie kobiety. Jasnowłosa miała co prawda miły dla ucha głos, a jej twarz nie była szczególnie szkaradna, ale też nie było w niej nic pięknego. Ot, kolejna blondynka o bladej, pokrytej tysiącem drobnych, złocistych piegów cerze, wąskich ustach, zaskakująco dużych niebieskich oczach ocienionych niemal przezroczystymi rzęsami, w dodatku pulchna. Tak naprawdę w swej pięknej sukni dziewczyna nieco ginęła, bo chociaż jej strój był dopasowany do jej stanu — zamężna młoda kobieta należąca do zamożnej rodziny rzemieślników mogła pozwolić sobie na więcej niż dbające o pozory niewinności panny, ale nie za dużo, aby nie zdyskredytować stanu mężatki — to jednak owo ubranie przyćmiewało wątpliwą urodę. Nic więc dziwnego, że Żywia bardziej doceniła strój niż wygląd kobiety, ale czy i Namir tak do tego podchodził? Przecież towarzyszące mu w karczmie kobiety były ubrane dość ubogo, a i do piękności nie można ich było zaliczyć? Czyżby piękniś był łasy tylko na partnerki brzydsze od siebie? Wszak nawet niechętna mu Łuczniczka nie mogła nie zauważyć, że miał imponującą posturę i przystojną twarz.
  W końcu rzeczony bawidamek odchrząknął i zapytał swego przyjaciela:
  — Może mógłbym pokazać jej warsztat i odwiedzić waszego ojca? Nie chcę mu przeszkadzać, ale sam wiesz, że bardzo go szanuję... No i jeśli Wilkomir zgodzi się porozmawiać z Żywią, to lepiej, żeby ktoś ją zaprowadził niż żeby plątała się w kółko po korytarzach.
Suchotnik wzruszył ramionami i stwierdził, że wszystko zależy od kobiety. Namir spojrzał na nią więc, czekając na jej słowa.

Avatar użytkownika
Żywia
Człowiek
Człowiek
Miano: Żywia
Płeć: Kobieta
Korony: 20
Szylingi: 5
Pensy: 4
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 21
Dołączył(a): 21 lip 2017, 16:41
Lokalizacja: Niedaleko stolycy wakacji
Żywia

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Żywia » 13 sie 2017, 10:43

  Żywia nie skupiała się zbytnio na obrazach umieszczonych w pomieszczeniu. Mimo że niezaprzeczalnie były piękne i wykonane z ogromną precyzją, więc i zapewne drogie, to nie one przykuwały jej uwagę. Interesowały ją tylko i wyłącznie łuki. Nadal przyglądała się ich kunsztowi, cały czas biorąc pod uwagę, że są one tylko przeciętnym dziełem mistrza, dedykowanym dla mniej zamożnych kupców. Nadal z niecierpliwością czekała na zobaczenie głównej sali, w której swoje miejsce miały prawdziwe perełki, majstersztyki, których byle kto nie mógł zobaczyć. Same drzwi prowadzące do tego pokoju sprawiały, że dostawała gęsiej skórki. Tak bardzo chciałaby się już, teraz, w tym momencie znaleźć po drugiej stronie drzwi i wpatrywać w te cuda. Jednak musiała zachować pozory bycia dojrzałą osobą, która nie odczuwa ekscytacji na widok łuku. To była jedna z tych chwil, kiedy samo wyobrażenie mogło przerosnąć rzeczywistość. A co jeśli te łuki nie są tak wytworne i idealne, jak sobie to wyobraża? Wprawdzie była na to marna szansa, ale nadal była. To było jak z torturami. O ile wyobraźnia dyktowała jej znakomicie skuteczne sposoby na zadawanie cierpienia, to w praktyce jeszcze nigdy tego nie wykorzystała. Czy była to bardziej kwestia braku możliwości czy raczej tego, że obawiała się iż okaże się, że naprawdę jest sadystyczna? Jednak na co innego zasługiwały największe ścierwa tego świata, jak nie na sprawiedliwy sąd i codziennie tortury do końca ich dni? Dobry kat zna smak cierpienia, które odczuwają jego "ofiary". Dlatego tak bardzo gardziła tymi, którzy tylko dzięki wymyślnym sposobom potrafili dopaść niewinną ofiarę, nie dając jej żadnych szans w starciu. Inna kwestia była w karaniu takiego śmiecia. Niech choć raz zazna tego strachu i zobaczy jak gaśnie jego nadzieja, że to się kiedyś skończy, a on będzie żyć jak dotychczas.
  Żywia jednak nie była głupia, bo mimo że niewykształcona, to nadal całkiem inteligentna, potrafiła trzymać język za zębami, nie zdradzając nawet części swoich myśli. Ona żyła bardziej w sobie, niż na zewnątrz. Wszelkie jej głębsze przemyślenia, choćby te i najbardziej odkrywcze w większości nigdy nie wychodziły spoza jej umysłu. Bycie skrytym i tajemniczym miało naprawdę dużo plusów. Mogła grać kogo chciała, mówić o niesamowitych rzeczach, które podsycała jej wyobraźnia. A wraz z całkiem dobrze rozwiniętą empatią tworzyło to połączenie całkiem przekonywującej osóbki. Grunt to wybadać temat, a konkretniej osobę, którą trzeba do czegoś namówić. Podstawy manipulacji były jej znane. Jednakże nigdy nie zdobyła się na to, żeby kimś z premedytacją manipulować. O wiele bardziej wolała argumentować swoje zdanie, sprawiając, że stawała się prawdziwa w tym co mówi, a więc i rozmówca patrzył na nią bardziej przychylnym wzrokiem. Dlatego ukrywanie swoich intencji było tak ważne dla Żywi. Choć najchętniej teraz wyprowadziłaby Namira na dwór i niekoniecznie grzecznie wyegzekwowałaby odpowiedź, kim on do cholery jest i skąd on o niej tyle wie, to trzymała nerwy na wodzy i udawała, że wcale nie ruszyła ją tak dobra znajomość jej życiorysu.
  Zaraz po tym wraz z kobietą, która dopiero co weszła do pomieszczenia, zaczęły się badawczo obserwować. Jako, że kobiety często porównywały się do siebie, oceniając jak wypadają w stosunku do potencjalnej rywalki, Żywia mogła się czuć spokojna. Może i młoda kobieta z racji swojej tuszy miała potężny biust i ładnie zaokrąglone biodra, to wypadała raczej przeciętnie. Nie wyróżniająca się niczym twarz z wręcz niewidocznymi, jasnymi rzęsami oraz brwiami. Jedyne co podobało się dziewczynie w tej przeciętności były oczy. Bo choć tak podobne do tych, które posiadała sama Żywia, miały w sobie coś innego. Jakby niewinnego, nie noszącego znamienia wszystkich traumatycznych wydarzeń, które mogła przeżyć. Jednak nawet bogato zdobiona suknia, w uznaniu dziewczyny, nie sprawiała, że wyglądała lepiej niż przeciętnie. Zdziwiła ją jednak zazdrość, która była skierowana w stronę Namira. Jeśli nie darzyła go żadnym uczuciem, to dlaczego tak nerwowo zareagowała na obecność innej kobiety? Być może jej postawa była tylko grą, która miała ukryć choćby ich romans? Jako mężatka nie powinna chędożyć się z nikim innym, poza mężem. Ale jakie było życie, każdy wiedział. Nie zatrzymywała się dłużej przy tej myśli, bo były to tylko domysły, które zapewne nie miały żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
  Wysłuchała uważnie słów młodej mężatki, po czym odpowiedziała jej pewnie:
Owszem, znam dobrze swój łuk i jego możliwości, jednak służy mi już parę lat i mimo ogólnie dobrego stanu, widzę, że powoli traci na jakości.
Oczywiście miała na myśli gdzie nie gdzie malutkie pęknięcia, ryski czy niewielkie skazy, które obecnie nie wpływały na jego celność, ale z czasem mogły się pogłębić. A Żywia nie mogła sobie pozwolić na to, żeby kiedyś łuk rozpadł się w jej rękach. Zwłaszcza w momencie, w którym najbardziej go potrzebowała.
  Nie doczekała się jednak odpowiedzi, ponieważ kobieta udała się nakarmić dzieci. Wraz z jej odejściem słychać było szelest jej sukni. A wzrok Namira odprowadził ją do samego końca. Czyżby gustował we wszystkim, co ma otwór i przypominało choć trochę kobietę? Było to dla niej dosyć upodlające, biorąc pod uwagę, że sama była kobietą. A jej boski żigolo prezentował tak znienawidzoną przez nią postawę,jakoby kobiety były tylko i wyłącznie potrzebne do seksu.
  Nie wtrącała się w rozmowę suchotnika ze swoim towarzyszem. Musiała uszanować fakt, że jej, jako kobiecie nie wypadało wcinać się w rozmowę dwóch mężczyzn. Oczywiście w normalnej sytuacji jej to w ogóle nie obchodziło, ale teraz musiała pokazać, że jest godna zaufania, dobrze wychowana i po prostu przewidywalna. Jednak kiedy to ona miała wyrazić swoją opinię, bez większego namysłu odpowiedziała:
Z wielką przyjemnością zobaczę warsztat i poznam pana Wilkomira.
Uśmiechnęła się przy tym życzliwie, w oczekiwaniu czy w końcu zobaczy te łuki i będzie mogła przedstawić swoją propozycję rzemieślnikowi, czy raczej nie. Choć spędzenie kolejnych minut w towarzystwie samego Namira było dla niej karą, to musiała się poświęcić. Zwłaszcza, że w obecności suchotnika nie mogła go gnoić.
Obrazek

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Warsztat Wilkomira

Postprzez Eirlys » 16 sie 2017, 22:16

  Wszyscy, od młodzików zaciągających się na statek myśląc o pozostaniu kapitanem a zamiast tego do końca życia zmywających pokład po dziewki naiwnie marzące o przystojniakach na białych rumakach a wychodzące za tłustych pijaków, wiedzieli, że rzadko dostaje się to, czego się pragnie. Dlatego też nic dziwnego, że koniec końców Żywia zaczynała się obawiać, że arcydzieła Wilkomira nie dorównają temu, co sobie wyobraziła. Łuk Namira jest piękny, to prawda, ale czyż dziewczyna nie uważała, że zasługuje na broń lepszą niż ta, która przypadła bawidamkowi? Więcej w niej było męstwa i hardości ducha, wyżej się ceniła nie tylko jako człowiek, ale i łucznik — co prawda nie znała możliwości ciemnowłosego, o czym najlepiej świadczyła jego zadziwiająco dokładna historia życia Jaksarki, ale czyż nie chował się za plecami niewiasty zamiast samemu zmierzyć się z kłopotami? Drżał przed niebezpieczeństwem do takiego stopnia, że poprosił pierwszą lepszą wojowniczkę o to, by została jego ochroniarzem. Toteż nic dziwnego, że Żywia miała żywo w głowie obraz łuku piękniejszego niż ten, który nosił ze sobą mężczyzna, z kolei zaś piękno owego wyimaginowanego przedmiotu kazało się jej martwić, że rzeczywistość nie zdoła sprostać jej oczekiwaniom. Bała się więc trochę, a z drugiej strony nie mogła doczekać momentu, w którym ujrzy na własne oczy szczyt możliwości mistrza. Owe rozdarcie z kolei skłoniło ją — zgodnie ze zwyczajem dziewczyny — do oddaniu się pozornie odległym od tematu rozmyślaniom. Właśnie bowiem w tym momencie zaczęła dumać nad tym, czy nadaje się do torturowania ludzi. Wiedziała, że kat nie może być całkowitym potworem, jego praca w wielu przypadkach, zwłaszcza gdy skazaniec jest wycieńczony chorobą lub starością, wymagała sporej cierpliwości i — wbrew pozorom — delikatności. Trudno było jej się zdobyć na to ostatnie nawet w myślach wobec ścierw, ludzkich gnid, takich jak mordercy dzieci i gwałciciele. A przecież martwy człowiek już niczego nie zdradzi, do niczego się nie przyzna.
  Te i inne myśli chodziły dziewczynie po głowie, gdy zgodnie ze społecznymi normami nie wtrącała się do męskiej rozmowy. Dobrze wychowana kobieta zna swoje miejsce, które nieodmiennie jest w kuchni, przy dzieciach, przy brudnych od pijackich wymiocin koszul i wymagających zszycia porwanych gaciach męża. Jeśli baba nie zna swej roli, troskliwy mężuś musi jej to wytłumaczyć pasem, pustą flachą lub dowolnym narzędziem, przynajmniej takie panowało przekonanie na wsiach. W mieście nie było lepiej i chociaż wątpliwe, aby Namir lub suchotnik chcieli usadzać Żywię w roli kury domowej przy pomocy bicia — w takim wypadku dziewczyna szybko by im te pomysły wybiła z głowy, co zapamiętaliby do końca krótkiego życia — to nadal nie wypadało, aby im przeszkadzała paplaniną. Nie odzywała się więc, zachowując maskę tajemniczości i nie zdradzając swych prawdziwych myśli. Nie czas było dawać pokaz swojej hardości i dochodzić teraz zaraz, skąd to Namir tę bajeczkę, która bajeczką nie była, wytrzasnął. Łuczniczka wiedziała o tym dobrze, dlatego pierwszy raz odezwała się, gdy błękitnooka mężatka zwróciła się do niej wprost. A przecież nawet nie otrzymała wtedy odpowiedzi.
  Żywia nie poczuła się zbyt urażona tym, że kobieta odeszła, nie wysłuchawszy jej wyjaśnienia, jakże prostego i logicznego. Jasnowłosa w ogóle nie wydawała się zdolna do wzbudzania w kimkolwiek jakichś silniejszych emocji, a mimo to podrywacz wodził za nią wzrokiem. Ciemnowłosa podejrzewała, że między tą dwójką coś musiało zajść, jednak nie zastanawiała się nad tym długo. Z jednej strony nie była to jej sprawa, chociaż wizja romansu przystojnego przecież Namira z nijaką, ale bogatą mężatką wydawała się dziwna, z drugiej zaś miała ważniejsze sprawy na głowie.
  W końcu suchotnik wprost zwrócił się do dziewczyny, a ona mogła bez wahania wyrazić swoje pragnienie. Odkąd zobaczyła łuk bawidamka, całym sercem pożądała tak pięknej broni dla siebie, teraz w końcu będzie mogła zrobić coś, co ją do spełnienia tego małego marzenia przybliży. Chociaż towarzystwo kobieciarza było jej nieznośne, stanowiło niewielką cenę, z czego zdawała sobie sprawę. Teraz tylko Żywia musiała utrzymać iluzję miłej młodej damy, oczarować Wilkomira jak jego syna i przekonać go do swych kompetencji jako łowca głów, a potem już będzie mogła cieszyć się pięknym, nowiusieńkim łukiem.
  Suchotnik skinął głową i zaprowadził dziewczynę i swego przyjaciela za ladę. Jak się okazało, bezpośrednio za drzwiami znajdował się korytarz, którego koniec niknął w mroku. Dziesięć kroków od wejścia na sklep znajdowały się porządne, zabezpieczone kłódką wrota, prawdopodobnie magazyn, ale to nie tam poprowadził ich mężczyzna. Ruszyli za nim ciemnym, szerokim przejściem pachnącym świerkowym drewnem przejściem do warsztatu. Po drodze opowiadał Żywii, że pracuje tam dziś jedynie jego starszy brat wraz z chłopcami przyjętymi na termin, akurat dopieszczają jedno z zamówień. Sam Wilkomir często dogląda ich pracy, nie wahając się nawet krytykować dorosłego pierworodnego w ostrych słowach, jeśli nie spodoba mu się najmniejsza krzywizna, ale nad szczególnymi zleceniami pracował w swoich komnatach na górze. Mężczyzna opowiadał to wszystko długo, rozwlekając zdania jak tylko się dało, jakby chciał całkowicie wypełnić czas przejścia gadaniną. W końcu doszli do końca korytarza, suchotnik pchnął ciężkie drzwi i znaleźli się w obszernej sali, gdzie pięciu chłopców gładziło już odpowiednio przycięte kawałki drewna, a postawny mężczyzna o twarzy mordercy ze szczególną wrażliwością przyglądał się gotowemu już łukowi. Był to błękitnooki blondyn o włosach nieco ciemniejszych od warkocza kobiety, która odprowadzała lekarza, ubrany w postrzępione i poplamione żywicą ubranie. Miał szerokie barki, bardziej rozbudowaną muskulaturę od Namira i wielkie dłonie, przez co wyglądał jak ludzka forma niedźwiedzia. Jego twarz jednak, mimo że mogłaby należeć do zbrodniarza, nie sugerowała braku inteligencji typowego dla osiłków, wręcz przeciwnie, z uwagą przyglądał się nawet najdrobniejszym słojom na łuku, który trzymał. Było to dzieło piękne, chociaż proste, Żywia nie widziała jak dotąd czegoś takiego: broń była większa od łuku refleksyjnego, klejona z jasnego, egzotycznego drewna, które nie przypominało tego, które spotkać można było na kontynencie, a do tego asymetryczna w ten sposób, że majdan znajdował się w jednej trzeciej długości zamiast na środku.


Spoiler:

Zaloguj  •  Zarejestruj

cron