Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Vrlika

Postprzez Eirlys » 13 kwi 2015, 18:49


Vrlika


  Vrlika to niewielka osada leżąca niedaleko od miejsca, gdzie śnieg ostatecznie pokonał roślinność. Choć przez cały czas skryta jest śniegiem, mieszkańcy hodują zwierzęta i uprawiają niewielkie połacie pól — tyle tylko, że w pewnym oddaleniu od wioski, na starannie wykarczowanych skrawkach ziemi między pojedynczymi zaspami śniegu tam, gdzie jeszcze rośnie na tyle dużo traw, a gleba jest dość urodzajna.
  Wioskę otacza brzozowy płot, bardziej jednak ze względu na zatrzymanie na jej terenie hodowanych w kurnikach kur niż dla zapewnienia bezpieczeństwa, bo i nie sięga nawet do biodra przeciętnie zbudowanego mężczyzny, i niektóre ze sztachet dawno już zbutwiały i zostały poprzetykane słomą. W kilkunastu miejscach, mniej więcej co pięćset metrów, znajdują się furtki, a od strony najbliższej w miarę dobrze utrzymanej drogi znajduje się szeroka brama wjazdowa, zazwyczaj zamknięta, bo rzadko kiedy do osady wjeżdżają duże wozy, poza tymi wiozącymi dostawy z zewnątrz. Poza płotem znajduje się domostwo drwala — jego chata, stajnia, drewutnia — na niewielkiej trójkątnej wyspie. Wysepka ta znajduje się dobry kawał drogi na wschód od wioski, na rozwidleniu Vrliki — niewielkiej odnogi Kryształowego Strumienia, od której osada wzięła swą nazwę. Nieco bliżej wioski, kilkaset metrów na północny zachód od głównej bramy, stoi niewielka drewniana chata, w której zazwyczaj nikt nie mieszka. Jej zarys jest ledwie widoczny na tle ogołoconych z liści brzóz i buków, bowiem owa niezamieszkana chata leży o rzut kamieniem zaledwie od linii drzew.
  Co zaś do wnętrza przestrzeni ogrodzonej płotem, to znajduje się ono na terenie niewielkiej kotliny, tak więc rynek leżący w centralnej części osady mieści się akurat równocześnie w najniższej jej części. Jak to na każdym rynku, jest tam stara murowana studnia i miejsce na stragany, które pojawiają się tam tylko wtedy, gdy jakiś zdesperowany lub zaginiony kupiec zawita w wiosce. Choć Vrlikę zamieszkuje jedynie trzystu mieszkańców, domy wokół rynku są murowane i wielopiętrowe. Reszta ludzi mieszka w drewnianych chatach. Dwa najbardziej okazałe budynki należą do kapłana i felczera, w młodości pobierającego nauki w Kinkengardzie. Pomiędzy nimi wciśnięta jest niewielka ścieżka, która przecina ulice zamieszkałe przez krewnych starszyzny i kończy się na wzniesieniu, na którym wybudowano świątynię. Za nią znajduje się cmentarz, który przylega do płotu. Za ogrodzeniem znajduje się też pas ziemi, gdzie pochowano samobójców.

Lokacja zablokowana dla graczy niebiorących udział w sesji.

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Vrlika

Postprzez Eirlys » 13 kwi 2015, 19:54

Słońce już powoli zachodziło, gdy dość osobliwa "karawana" zbliżała się do osady. Trzy wozy powożone przez wieśniaków, którzy wyruszyli w świat, by zdobyć nieco dobrze wykonanej broni, bo wioskowy kowal wykazywał się jedynie w mieczach dwuręcznych, ignorując całkowicie istnienie innych typów mieczy, oraz — co może istotniejsze — by uciec przed falą wisielców we Vrlice. Oprócz tego towarzyszyło im trzech mężczyzn na koniach, odzianych co najmniej dziwnie porównując do ogorzałych wioskowych okrytych w grube płaszcze i szare ze starości spodnie i koszule. Droga przez zaspy była ciężka, zwłaszcza dla lekko odzianych Saladyna i Turstakuriego. Wysoko w gałęziach bezlistnych drzew wył wiatr, który wzniecał tumany śniegu i znacznie spowalniał ludzi próbujących się dostać do wioski. Gdzieś tak dwadzieścia metrów przed bramą człowiek kierujący wozem wiozącym najwięcej towarów ze wszystkich uniósł głowę.
— Kurwa! Ten mały bękart znowu zapomniał o swoich obowiązkach...! — resztę słów stłumił gwałtowny poryw wiatru. Mężczyzna spojrzał gniewnie na swoich towarzyszy a potem zaczął wygrażać pięścią na bramę. Była stara, żelazna... i zamknięta. Reszta wieśniaków przyłączyła się do protestu, rzucając wyzwiska na jakiegoś bękarta i bezskutecznie usiłując otworzyć bramę. W końcu zjawiła się otyła trzydziestokilkuletnia kobieta. Ubrana była w granatowy płaszcz z oddzielnym kapturem, który zaraz zdjęła, bo nasunął się jej aż na jasnobłękitne oczy. Miała bardzo bladą cerę, jasne włosy zaplecione w gruby i długi warkocz i równie jasne brwi i rzęsy, które natychmiast po zdjęciu kaptura pokryły płatki śniegu. Kobieta wrzasnęła piskliwym głosem, momentalnie wywołując posłuch i mężczyzn:
— Cichcie! Klucznik się powiesił, a wy mieliśta być wczoraj! Na noc zamyka się bramę, do kurwy nędzy!
— A gdzie ten mały bękart?
— A za płotem, leży...
— Co?
— Powiesił się, to i pogrzebaliśmy go za płotem. To samobójca! Jakże to, takiego na cmentarzy z normalnymi ludźmi społem grzebać? Toż to obraza Onych Majestatu!

Mężczyzna, który kierował tą grupą w drodze i teraz znajdował się najbliżej bramy, zbladł. Miał na imię Teodor i wywoływał posłuch u reszty wieśniaków, ale teraz skulił się, i to bynajmniej nie z powodu przeraźliwego zimna i nieustępliwego wiatru.
-Powiesił? Jak to? Toż za tydzień miał się żenić z moją...
— A to się wystraszył chłopak małżeńskiego jarzma i wziął się powiesił. Nie dziwota, jak ta twoja taka marudna i krzykliwa. Simen go znalazł, jak miał iść o wcześniej pomarłych krewniakom w mieście mówić. Po tych czarnych kudłach go poznał.

Te słowa skończyły ich rozmowę, kobieta cofnęła się i zaczekała, aż wjadą do wioski. Potem zamknęła bramę i spojrzała z zaciekawieniem na nowych.
— No, no, no. Kto by się spodziewał, że tak łatwo pomocników naszemu drwalowi znajdziecie. Trochę dziwaczni, ale dobrze zbudowani, byleby siekierą dobrze drwa cięli.
Wyszczerzyła się do nieznajomych i raz jeszcze omiotła ich lustrującym spojrzeniem. Dłużej zatrzymała się dopiero na Vitavie, ale to tylko z powodu skulonego z zimna kruka, który nastroszył pióra i usiadł na ramieniu swego właściciela.
— Dobra tam, musimy jeszcze zaprowadzić mojego konia do stajni nim pójdziemy do drwala, a już ciemno. Idź do domu, kobieto.
Jasnowłosa prychnęła, ale spełniła polecenie Teodora. Mężczyzna spojrzał na obcych przybyszy, nagle spłoszony.
— No ta... Chodźmy lepiej, bo nim się zbierzemy, to i księżyc wzejdzie, a nocą nie wiadomo jakie widziadła po lesie chodzą. Nasz drwal mieszka poza wioską.

Avatar użytkownika
Vitav
Krtań
Egzarcha
Miano: Vitav
Profesja: Detektyw
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10/10
Punkty Ducha: 1
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 505
Dołączył(a): 01 maja 2014, 15:13
Vitav

Re: Vrlika

Postprzez Vitav » 13 kwi 2015, 20:45

  Już od jakiegoś czasu Vitav zmuszony był siedzieć na rumaku, na którym tak bardzo przemieszczać się nie lubił. Nie chodziło wcale o to, że koni nie lubił, lecz o to że preferował podróż na nogach. No ale cóż, nic innego w grę nie wchodziło, jeśli trzeba było się szybko przedostać z jednego miejsca na drugie. Gdy Sechmann krzywił się na myśl o tym, ile jeszcze przyjdzie mu sadowić dupę na siodle, słońce powoli zachodziło za horyzont. Gdyby egzarcha nie miał na sobie porządnego ubioru, to pewnie mocno odczułby niską temperaturę, która towarzyszyła mu już długi czas. Najbardziej zmarzł chyba jednak Szabrownik, który postanowił zlecieć z nieba i zasiąść na ramieniu Vitava. No właśnie, mówiąc o stosownym odzieniu, warto też napomknąć o dwójce pozostałych osób, które to razem z Sechmannem podróżowały. Widać po nich było, że kompletnie do podróży w te tereny nie byli przygotowani, co mogło potem się na nich źle odbić. Pierwszy z nich wyglądał na człowieka pustyni — Nerdyjczyka. Ten to musi być biedny, może jakoś te mrozy jeszcze przetrwa... — rzekł do siebie w myślach egzarcha. Drugi z całej tej kompanii... skośne oczy jakieś, łysy, a w dodatku wzorki na tej łysej pale. Nie należy jednak oceniać książki po okładce — tak nauczano Vitava od dziecka, choć nie zawsze przysłowie to się sprawdzało. Mimo wszystko postanowił wszcząć rozmowę i dowiedzieć się co nieco o swych kompanach.
Skąd to was przywiało mości panowie? Nie wyglądacie mi na tutejszych, a w dodatku na nieprzygotowanych do tego co was czeka. Choć to pewnie wizja pełnej sakwy tak na was zadziałała. — rzekł głośno, swym lekko zachrypniętym głosem — Mnie zwą Vitavem z Kinkengardu, choć w karczmach częściej na mnie wołają Krtań. — mówił dalej, prowadząc przy tym konia tuż obok karawany, i starając się przeprawić przez zaspy, które były cholernie uciążliwe. Rumak ten jednak był z Północy i wiele potrafił, a już na pewno radzić sobie w takich warunkach, co tylko ułatwiało nieprzyjemną podróż. Mężczyzna po chwili przypomniał sobie o masce, którą miał na swej twarzy. Zdjął ją więc i schował do przybocznej torby, by nie krępować towarzyszy...
  Rozmowa rozmową, a tymczasem wszyscy powoli zbliżali się do wioski. Zasp do pokonania już nie wiele, a gdy do Vitava dotarło, że to już prawie tu, prawie na miejscu, od razu podniósł głowę do góry i lekko pogonił konia. Gdy tylko znalazł się przy bramie wjazdowej — jeśli tak to można nazwać — od razu do jego uszu dotarły krzyki człeka, co to karawaną przewodził. Darł się jakby mu skórę zdzierali, a to wszystko przez to, że jakiś idiota na warcie pewno ze zmęczenia usnął. Po chwili jednak brama została otwarta, a jego oczom ukazało się jakieś stare, grube babsko. Krzyki jednak tak szybko nie ustały. Już miał mówić "dowódcy" by jęzor na wodzy trzymał i nie darł swej pijackiej mordy bez większego powodu, jednak "rozmowa" ta zeszła na całkiem ciekawy tor. Dokładnie na ten temat, który Sechamanna interesował najbardziej! Po paru zdaniach padły słowa "pomoc" i "drwal". Albo mi się przesłyszało i słuch mi szwankuje, po tylu latach spędzonych w podziemiach Initium, albo to babsko pieprzy głupoty. Oby wszystko szybko się wyjaśniło. — myśli te zaprzątały mu głowę.
Przepraszam że się wtrącę, ale o jakąż to pomoc dla rąbacza sosen się rozchodzi? Nic mi o tym nie wiadomo, a chyba powinno. — rzekł lekko zdziwionym tonem. Miał nadzieję, że jego duma nie zostanie naruszona przez wieśniaków, którym ma zamiar pomóc. — Wyjaśnij mi to kobieto czym prędzej i prowadź do stajen i karczmy, jeśli coś takiego w tej leśnej dziurze macie. Rozmawiasz z przedstawicielem Initium, przybyłem tu zainteresowany tym, co chłopi w karczmach plotą. — dodał zmieniając ton głosu na lekko arogancki. Po wypowiedzeniu tych słów zeskoczył z konia i stanął wyprostowany, tuż przed ludźmi z którymi przyszło mu wdać się w rozmowę...
Chcesz żebym poprowadził ci przygodę? Pisz na PW lub GG!

Avatar użytkownika
Antymag
Support
Support
Profesja: Antymag
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 20
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 147
Dołączył(a): 04 kwi 2015, 15:45
Antymag

Re: Vrlika

Postprzez Antymag » 13 kwi 2015, 22:50

Turstakuri nienawidził podróży konnych. Siodło było niewygodne. On, jako mnich przyzwyczaił się do wszelkich niewygód. Oprócz niewygodnego siodła. Uwierało go w tylną część ciała, co chwila się przekręcał, poprawiał w siedzisku. Do tego pogoda była okropna. Zimy w Cesarstwie występowały, owszem. Ale nigdy tak srogie tak ta tutaj. Śnieg padał gęsto mocno ograniczając widoczność. A temperatura... Wydawało mu się, że dotarł w najzimniejsze miejsce na globie. Jednak klasztorne wyszkolenie pozwalało mu nie okazywać tego po sobie. Tak mu się wydawało, bo w rzeczywistości trząsł się jak galareta. Ostrze jego zawieszone było przy boku konia. Czuł się niepewnie, nie wiedział, czy w każdej chwili nie będzie potrzebował go wyciągnąć. Spojrzał po swoich towarzyszach. Właściwie interesował go tylko ten, który przedstawił się jako Vitav. Najwyraźniej był tutejszy. Nie ufał mu, z maską na twarzy wyglądał na Drugiego. Jednak postanowił nie zabijać go, nie przy świadkach. Doskonale znał konsekwencję zabijania wysoko postawionych ludzi. A przedstawiciele Initium mieli poważanie wśród ludu. Usłyszawszy jego komentarz na temat wyprawy odrzekł:
Przygnał mnie tu los. Wędruję to tu, to tam, szukam okazji. — W jego głosie nie było słychać właściwie nic. Żadnych uczuć. Jakby tego człowieka nie obchodziło co się dookoła dzieje. Właściwie to stwierdzenie nie było dalekie od prawdy. — A zwą mnie Antymagiem.
Właściwie nie wiedział, czemu znalazł się akurat tutaj. Usłyszał w jednej z karczem o masowych samobójcach w jednej z wiosek kraju zwanego Waldgrossen. Masowe samobójstwa od razu skojarzyły mu się z magami i postanowił zbadać tę sprawę. Mógł zostać w ciepłym Sułtanacie i tam starać się osłabić czarodziejów. W końcu dotarli pod bramę wsi. Trzęsąc się z zimna słuchał kłótni wieśniaków. Kiedy zamaskowany Vitav zszedł z konia i wtrącił swe trzy grosze do konwersacji, on nadal trząsł się w siodle milcząc i słuchając. Dopiero gdy do rozmowy wpełzł temat gospody zszedł z konia i stanął obok Waldgrosseńczyka milcząc. Postanowił dołączyć się do cyrku nowo poznanego. Wyprostował się tak dumnie, jak tylko pozwalał mu na to chłód i rzekł:
Po cóż miałby Drwal prosić o pomoc Egzarchów?
Następnie zwrócił się do tej samej kobiety, co Vitav:
Jeśli byłabyś skora, załatw mi jakieś ubranie. — po czym dał kobiecie koronę do ręki. — Tylko szybko. Nie mam zamiaru marznąć w tej przeklętej krainie.
Tylko poważne sesje. Ale za bycie zbyt poważnym zabijam.

Avatar użytkownika
Saladyn
Nowy
Nowy
Płeć: ---
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 5
Dołączył(a): 03 kwi 2015, 17:27
Saladyn

Re: Vrlika

Postprzez Saladyn » 14 kwi 2015, 16:52

Saladyn jechał powoli na swoim ukochanym rumaku Erbie. Jazda konna była jednym z jego ulubionych zajęć, więc długa podróż w siodle nie przeszkadzała mu. Przypomniała mu się jego pierwsza przejażdżka kiedy to po powrocie spotkał swoich martwych rodziców... Zrobiło mu się bardzo smutno. Koło niego szedł jego wierny szakal, który musiał zmieniać futro z powodu zmiany klimatu.
"Biedni Erb i Makito. Jeszcze kilka tygodni temu byli w słonecznym Bakaszu, a teraz muszą się przedzierać przez zaspy śnieżne na dalekiej północy. Gdyby tak istniały ubrania dla zwierząt. Koń ma podkowy, ale to wciąż nie to samo. Jak tylko dojedziemy do jakiejś gospody własnoręcznie o nich zadbam."
Młodzieniec i jego zwierzęta pierwszy raz widziały śnieg w swoim życiu. Chłopak dawał sobie radę w takich warunkach, lecz gorzej z pupilami. Ubrania uszyte na pustyni były odpowiednie na tego typu pogodę, bo głupotą by było wysyłać ambasadora z pustyni i pustynnymi szatami na lodowe pustkowie. Jechali spokojnie dopóki Waldgrosseńczyk nie zaczął mówić. Tuż po nim przemówił przemówił przedziwny człowiek z tatuażami na głowie. Nie wiedział co myśleć o towarzyszach swej podróży. Oboje użyli słów, których Saladyn nie zrozumiał ,ani nie wiedział jak przetłumaczyć na swój ojczysty język. Po wysłuchaniu mężczyzn sam się przedstawił:
-Witam was Vitavie i Aaantymagu. Przepraszam jeśli źle to wymówiłem. Jestem Saladyn z Bakaszu. Pełnię rolę ambasadora Sułtanatu Nerdii. Dołączyłem tu bo obawiam się, że pieniądze, które dostałem na podróż nie wystarczą na zjechanie całego kontynentu , więc chcę trochę zarobić. Jeśli chodzi o moje zwierzęta tam w śniegu węszy coś Makito, a ja jadę na Erbie. Mam nadzieję, że podróż nam minie szybko i przyjemnie.
Dobrze wiedział dokąd zmierza i w jakim celu. Bał się tylko faktu, że oboje wędrowców jest dziwnych. Pierwszy miał maskę, a drugi tatuaże na głowie. Oboje wyglądali na bardzo potężnych magów. Jechali dalej w nieprzyjemniej ciszy, mimo iż kilka razy próbował nawiązać dialog. Dużo czasu nie minęło, gdy widzieli wioskę. Gdy byli już prawię na miejscu jakaś kobieta podeszła do nich. Nie podobali mu się tutejsi ludzie, ale najbardziej bał się własnych kompanów. Gdy jego towarzysze skończyli mówić też zszedł z konia i powiedział swoje:
-Witam. O co się rozchodzi? Mamy pomagać drwalowi? Nie przeszkadza mi żadna praca, ale to jest lekki nonsens dla moich kompanów. Ja jestem zwykłym człowiekiem, jeśli chodzi o magię, bo pochodzenie to inna sprawa. Gdzie mogę zaprowadzić konia i czy znajdzie się jakaś buda dla szakala? Szakal to pies pustynny, więc buda powinna mu pasować o ile macie tu takie rzecz. Jest to drewniany mały drewniany budynek z otworem, by zwierzę mogło wejść do środka.

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Vrlika

Postprzez Eirlys » 15 kwi 2015, 19:08

Kolejne wypowiedzi dwóch cudzoziemców — i jednego przedstawiciela Initium — wprawiły Teodora w coraz większe zakłopotanie. Biedny wieśniak unikał wzroku mężczyzn, patrząc na brunatną breję śniegu wymieszanego z błotem, która pokrywała wybrukowaną ulicę ciągnącą się od bramy i lekko opadającą ku rynku.
— No ja w sumie nie wiem. Jak pojawiły się te wisielce, to się wystraszyliśmy i zebraliśmy pieniądze, coby zachęcić jakiegoś dobrego wojownika. A jak wyjeżdżaliśmy, to starszyzna nakazała, cobyśmy znaleźli pomocników drwalowi, bo on nietutejszy i żaden z naszych nie chce jemu i temu jego podrzutkowi pomagać, a śniegi coraz i okrutniejsze są, to chałupy musimy ogrzewać — głos wieśniaka z początku był niepewny, w końcu jednak jakoś się pozbierał i mówił normalnym tonem, jakim wcześniej informował o wykrotach lub wyjątkowo błotnistych drogach, gdzie trzeba była co chwilę pchać któryś z wozów, bo co chwila ich koła tonęły w ogromnych kałużach. — Ale przecież nikt naszym przyszłym bohaterom nie będzie kazał siekierą machać pod dyktando tego pijaka z Hirminii czy innej tam dziury na Pustkowiu czy gdzieś tam jeszcze.
Tymczasem jasnowłosa, oburzona zachowaniem mężczyzn, rzuciła monetę w Turtakuriego.
— Nie jestem dziewką na posyłki. A i tak nikt by was po nocy nie wpuścił. Nie ufamy obcym, a drwal i tak nie pochodzi stąd, to jemu wszystko jedno. Jak chcecie strawy i ciepła, to niech wam Teodor pokaże, którą z bram najszybciej się do tej chaty dostać — zawahała się na chwilę. — Równie dobrze możecie już stąd wyjeżdżać, bo starszyzna surowo zakazała wpuszczać nowych do domów nocą.
— Czy to dlatego, że mogliby znaleźć się w domu, do którego powracają... — wtrącił Teodor, niestety nie dane było mu skończyć. Kobieta trzasnęła go na odlew w twarz, aż rozległ się przyjemny dla ucha dźwięk.
— Cichcie!
O dziwo, mężczyzna przeprosił kobietę, cały czas pocierając zaczerwieniony policzek. W czasie drogi zachowywał się zupełnie inaczej, teraz jednak milknął, gdy tylko jasnowłosa swym piskliwym głosem mu kazała.
— Ale już ciemno...
— Gówno mnie to obchodzi, więcej było wam gadać —
nagle kobieta przypomniała sobie pytanie Nerdijczyka. — Chłopcze, nie bój się, drwal nie ma budy, chyba że chodzi o jakieś skrzynki, bo je ma na pewno z karczmy, bo skrzynkami i beczkami wódkę kupuje... Ale ma stajnię i tam się kąt dla twej psiny i dla waszych koni znajdzie. I prycze do spania, i może was wódką poczęstuje, i zupa jeszcze ciepła w garze na palenisku stoi... Nie bójta się, za dnia się lepiej wszystkiego dowiecie, a teraz idźcie, nim będzie już całkiem ciemno.
Ostatnie słowa wymówiła o wiele milszym głosem, nawet nie piszczała aż tak bardzo jak wtedy, gdy mówiła do wieśniaka. Teodor, mimo że był teraz znacznie potulniejszy, nadal nie zbierał się do drogi, ba, nawet pytał swych kompanów, czy by obcych do drwala nie odprowadzili. Kobieta już otwierała usta, zapewne po to, by skrytykować postawę mężczyzny, gdy za jej plecami rozległ się dość dziwny odgłos. Jakby ktoś przewrócił stos szklanych butelek. Jasnowłosa momentalnie odwróciła się w tamtą stronę, a w jej dłoni zabłyszczało ostrze sztyletu. Nic się jednak nie działo, aż w końcu ze strony, gdzie rozległ się hałas, nie wyleciało stadko gęsi gonionych przez tłustego szczura. Kobieta odetchnęła z ulgą i schowała sztylet do prowizorycznej pochwy, którą wsunęła do kieszeni, wcześniej niewidocznej dzięki temu, iż jej płaszcz był dość mocno udrapowany.
— Idźcie już. Ciemno już całkiem zaraz będzie, a i nie wiadomo, co to po wiosce może sobie chodzić... — rzuciła tylko, po czym, nie zważając na nic, poczłapała wolno w kierunku rynku.
— Głupia krowa — Teodor nie wytrzymał. Wstrzymał się jednak z wypowiedzeniem tych słów, dopóki kobieta była blisko.

Avatar użytkownika
Vitav
Krtań
Egzarcha
Miano: Vitav
Profesja: Detektyw
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10/10
Punkty Ducha: 1
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 505
Dołączył(a): 01 maja 2014, 15:13
Vitav

Re: Vrlika

Postprzez Vitav » 15 kwi 2015, 19:57

  — A więc miło mi was poznać Saladynie i... Antymagu. Ciekawe przezwisko, jak mniemam. — odrzekł Vitav na słowa swych nowych towarzyszy. Tymczasem kłótnia między Teodorem i pulchną kobietą trwała w najlepsze. Ba! Nawet temu co to się za człowieka działającego przeciwko Drugim podawał się oberwało! Czyżby karma zadziałała? Synowi Roderyka jednak nie było do śmiechu, bo został potraktowany po macoszemu, choć mężczyzna, z którym do tej zapyziałej dziury przyjechał był bliski zwolnienia go z obowiązku — którego jakby nie patrzeć nie musiał wypełniać — rąbania drewna i robienia za chłopca na posyłki. Godziłoby to w dumę Vitava, jednak w tej chwili nie było lepszej perspektywy. Mieszkańcy wredni, niechętni do przyjezdnych, a co byłoby gdyby to Egzarchę przed drzwiami swych domostw ujrzeli?
Daleka to droga do domostwa tego całego drwala, mężczyzno? Jeśli tak, to powinniśmy się pośpieszyć nim zrobi się całkiem ciemno, chciałbym zapamiętać kierunek i ścieżkę po której tam dotrzemy. Nie powinieneś się lękać, przecież prócz samobójców nie ma tu nic groźnego... jeśli trupa można nazwać groźnym. Chyba ze coś ukrywasz, Teodorze? — nie trzeba było być geniuszem, by zauważyć że coś się święci. Kobieta w przypływie strachu spowodowanego zbliżającą się ciemnią i tym, że zbiło się trochę szkła, sięgnęła po nóż. Gdy okazało się, że nic jej nie grozi od razu schowała go z powrotem i czym prędzej udała się do swego domu. Ewidentnie coś jest na rzeczy... — pomyślał Sechmann, jednak nie okazywał swojej ciekawości, prócz dociekliwego pytania które zadał człowiekowi, który go do Vrliki sprowadził.
Saladynie, Antymagu. Chciałbym z wami pomówić, jednak to na osobności, gdy już będziemy w miejscu zamieszkania mości rąbacza. Wygospodarujcie więc trochę czasu, którego zapewne będziecie mieć aż nadto, chyba że tak was ciągnie to machania siekierką wte i wewte. — ostatnie słowa wypowiedział ironicznym akcentem. Miał nadzieję że ci dziwaczni towarzysze zgodzą się na to i nie będą robić problemów przy ponownym wyjeździe z małej osady.
Jeszcze trochę i będzie całkiem ciemno. — dodał, krzywiąc się pod nosem. Wyciągnął z pochwy swój miecz i przelał w niego trochę energii, tak by aktywować zaklęcia blasku. Jako że był to czar kręgu zerowego, to Vitav prawie wcale nie poczuł ubytku na swej sile, nadal czuł się tak jak przedtem. Podtrzymanie tego efektu nie kosztowało go nic, więc miał zamiar utrzymać go przez całą podróż. Ostrze standardowo zapłonęło, co rzuciło trochę światła na okolicę. Płomienie były oczywiście iluzją i nie mogły nikogo poparzyć, a więc nie musiał trzymać broni blisko siebie.
Tak powinno być lepiej. — wypowiedział, po czym złapał wolną ręką konia za wodze, a następnie ruszył w stronę bramy. — Prowadź Teodorze i zbędnie nie pierdol.
Chcesz żebym poprowadził ci przygodę? Pisz na PW lub GG!

Avatar użytkownika
Antymag
Support
Support
Profesja: Antymag
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 20
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 147
Dołączył(a): 04 kwi 2015, 15:45
Antymag

Re: Vrlika

Postprzez Antymag » 15 kwi 2015, 20:33

Turstakuri spojrzał tylko na kobietę, której rzucił koronę. A w spojrzeniu jego było więcej chłodu, niż w tej zimowej krainie. Nie spodobało mu się, że mężczyzna o dziwnym imieniu Teodor nie mógł mówić o wisielcach. Skoro ta niewiasta tu rządziła, na pewno nie zostanie tu dłużej niż jest potrzebne. Mieszkańcy coś ukrywali, najwyraźniej coś ważnego. Przemarzł już do szpiku kości, bał się, czy nie dostanie żadnych odmrożeń. Zauważył, że cały się trząsł. Nie spostrzegł natomiast, że skóra jego posiniała na całej powierzchni. W życiu nie spodziewał się, że gdziekolwiek temperatura może spaść tak nisko. Z całego serca nienawidził tego, który wywiesił to ogłoszenie w karczmie. Właściwie to Antymag był sam sobie winny swej nierozwagi. Gdy w końcu kobieta odeszła, wszedł na konia i ruszył za Egzarchą Vitavem, gdy ten poprosił ich o rozmowę. Nie odezwał się na jego prośbę, postanowił do końca dnia milczeć i medytować, co z resztą nie miało trwać długo. Słoneczny okrąg sunący po niebiosach już chował się za horyzontem. Nie darzył sympatią żadnego ze swych towarzyszy, a szczególnie Waldgrosseńczyka. Ale mieli razem pracować, więc musiał ich znieść. Rozejrzał się. Cała okolica mogłaby być piękna. Gdyby nie ta cholerna zamieć.
Tylko poważne sesje. Ale za bycie zbyt poważnym zabijam.

Avatar użytkownika
Saladyn
Nowy
Nowy
Płeć: ---
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 5
Dołączył(a): 03 kwi 2015, 17:27
Saladyn

Re: Vrlika

Postprzez Saladyn » 18 kwi 2015, 20:13

Saladyn powoli szedł dalej z towarzyszami. Siedział cicho, bo po wyjęciu oręża przez Vitava bał się go jeszcze bardziej. Myślał wciąż o swoich zwierzątkach i miał nadzieję, że szybko uporają się z zadaniem jakiekolwiek miało ono być. Chciał przerwać tą niezręczną ciszę, więc powiedział do Vitava:
-To jest prawdziwy ogień? Pierwszy raz widzę płonący miecz. To fascynujące, a zarazem przerażające.

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Vrlika

Postprzez Eirlys » 20 kwi 2015, 17:11

Kolejna wypowiedź Vitava wpędziła biednego Teodora w coraz większe zakłopotanie. Przekazał wodze swojego konia jednemu ze swoich towarzyszy, by na chwilę odwlec odpowiedź, po czym wybełkotał kilka niewyraźnych słów o szurniętym pijaku, który wybudował sobie domostwo poza granicami na wschodzie, by być bliżej lasu i wody. Jego koledzy okazali się bardziej gospodarni i już po chwili udali się do swych domów, łaskawie pozwalając Turstakuriemu na wypożyczenie czarnej klaczy na nieco dłużej — mężczyzna nie posiadał własnego konia, więc przed wyruszeniem w tak długą i męczącą drogę zaproponowali mu, że użyczą mu łagodną Smiren.
Teodor, wyraźnie nieszczęśliwy z powodu pozostawienia go sam na sam z obcymi przybyszami, sprawnie poprowadził ich wąską i krętą uliczką prowadzącą w lewo. Minęli kilka niskich chat krytych strzechą ledwie widoczną spod śniegowych czap nim mężczyzna zorientował się, że Vitav użył w jego obecności magii. Spojrzał z fascynacją i lękiem na emanujące blaskiem ostrze. Widać było, że temat zaklętych przedmiotów i rytuałów magicznych jest mu obcy, a zna go jedynie z jakiś wieczornych bajdurzeń. Otrząsnął się jednak i przemówił nieco łamiącym się ze strachu głosem:
— Poprowadzę was teraz do jednej z furtek, które znajdują się najbliżej domu drwala. Jest blisko cmentarza, więc gdy zbliżycie się do wioski, jak będziecie wracać z wyspy, to zobaczycie wieżę świątynną — po tych słowach mężczyzna zamilkł na dobre i tylko niekiedy ostrzegał przed obluzowanymi kamieniami, z których niegdyś ułożono utwardzoną drogę, lub oblodzonymi ścieżkami.
W czasie tej wędrówki nie spotkali już nikogo — w oknach niektórych domów paliło się światło i sączyło się przez szpary w deskach na zewnątrz, ale nawet te domy sprawiały wrażenie od dawna opuszczonych. Niektóre z nich były w bardzo złym stanie, a wszystkie, obok których przechodzili, były niskie i drewniane, często nawet niepobielane wapnem.

Po kilkunastu minutach dotarli wreszcie do świątyni. Jej zarys był ledwie widoczny w mroku, jednak strzelista wieża wtulona w jej prawy bok stanowiła dobry punkt orientacyjny. Zwieńczona była kopułą wykonaną z jakiegoś metalu, który lśnił w świetle księżyca, który właśnie pojawił się zza chmur. Przestał padać śnieg i wiatr nieco osłabł, ale mimo to Teodor wyraźnie zadrżał. Przyspieszył kroku i poprowadził niewielką grupkę wzdłuż cmentarza ogrodzonego lepiej niż sama Vrlika. Metalowe sztachety sięgały do ramion wysokiego przecież Waldgrosseńczyka, ochraniając liche groby przed wtargnięciem na nie domowego ptactwa. Mężczyzna biegł niemal, gdy mijali niepozorną bramę prowadzącą na ten teren, prawdopodobnie jedną z pobocznych. Zwolnił znowu, gdy dotarli do płotu oddzielającego Vrlikę od lasu. Drżącą ręką otworzył chybotliwą furtkę.
— To już niedaleko.
Przełknął ślinę i zaczął iść szeroką ścieżką, z której obu stron ciągnęły się wysokie zaspy. Przez jakieś dwieście metrów szli przed siebie, a potem droga skręciła w prawo. Właśnie w tym momencie wzmógł się wiatr i śniegowe chmury przysłoniły księżyc. Po dwudziestu minutach drogi w monotonnej scenerii usłyszeli szum wody. Plecy Teodora napięły się, mężczyzna westchnął głęboko, wypuszczając z ust chmurkę pary wodnej.
— Zaraz poznacie Holgera. To dobry człowiek — rzucił, usilnie starając się zabrzmieć tak, jakby sam w to wierzył.
Wreszcie okolica zaczęła lekko się wznosić. Minęli samotną kupkę drzew i ujrzeli wyspę położoną między odnogami strumienia. Jak wcześniej tłumaczył ktoś z wioskowych, gdy udawali się do Vrliki, strumień ten to tak naprawdę jakaś odnoga Kryształowego, a miejscowi zwą go Vrliką i to od niego osada przyjęła swą nazwę.
Na wyspę prowadził solidny drewniany most, na tyle szeroki, by pomieścić nawet szeroki wóz. Na spotkanie grupie wyszedł młody mężczyzna, nieznacznie wyższy od Vitava. Ubrany był w szeroką koszulę, lniane spodnie i długie ocieplane buty, i zdawał się nie odczuwać mrozu i płatków śniegu, które wciąż zasypywały ziemię. Co dość osobliwe, kolor jego skóry i rysy twarzy były podobne do Saladyna.
— Witajcie. Zaprowadźcie konie do stajni — chłopak zawahał się, spojrzawszy na kruka i Makito, które właśnie się ożywiły. — I pozostałe zwierzęta też.
Poczekał chwilę na reakcję mężczyzn, po czym ruszył do stajni. Był to spory budynek, wewnątrz podzielony na dwie duże części — z lewej strony trzymano owies i słomę, a z prawej było kilka boksów. W jednym z nich stał siwek, który, nie bacząc na wchodzących, spokojnie pił wodę ze żłobu. Po ulokowaniu koni w boksach wciąż pozostał jeden pusty.
Nieznajomy chłopak o nerdijskich rysach jeszcze raz upewnił się, że wszystkie zwierzęta zostały bezpiecznie umieszczone w swoich boksach i mają dość wody, owsa i jakichś gnatów, by przeżyć długą i mroźną zimę w ciepłej i bezpiecznej stajni.
— Lepiej już tego nie przedłużajmy. Musicie ich przenocować, chociaż oni nie są waszymi pomocnikami — rzucił Teodor, gdy tylko wyszli ze stajni. Młodzieniec spojrzał na niego zdziwiony, ale nic nie odpowiedział. Wszedł po prostu do chaty, która w rzeczywistości okazała się kilkuizbowym domem. Od razu po wejściu znaleźli się w izbie, gdzie stał spory piec, przy którym siedział zwalisty mężczyzna pociągający zdrowo z butelki. Sądząc po zapachu wódki, jaki się od niego unosił, w butelce nie znajdowała się ani woda, ani sok.
Mężczyzna podniósł niechętnie wzrok na przybyłych. Tak jak młodzieniec, był wysoki i miał wygląd typowy dla mieszkańców Sułtanatu.
— Holger, starszyzna chce, żebyś ich przenocował.
— To oni są moimi pomocnikami, tak? Niech siadają, pewnie są głodni —
głos drwala był w miarę wyraźny. Mężczyzna przyjrzał się jeszcze raz Teodorowi, po czym wybuchnął śmiechem. Na policzku wieśniaka wciąż widać było czerwony twarz po uderzeniu. — Znowu przywaliła ci jakaś baba, co? To, że twoja cię za życia tłukła przecież nie znaczy, że teraz powinieneś każdej pozwalać, żeby cię trzaskała po tej durnej gębie, ile tylko zapragnie.

Avatar użytkownika
Vitav
Krtań
Egzarcha
Miano: Vitav
Profesja: Detektyw
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10/10
Punkty Ducha: 1
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 505
Dołączył(a): 01 maja 2014, 15:13
Vitav

Re: Vrlika

Postprzez Vitav » 22 kwi 2015, 20:54

  Parszywi tchórze... Choć wątpię by byli tak przerażeni na samą myśl o grasujących w okolicy wilkach, których zresztą nawet nie zauważyłem po drodze. Może drwal będzie wiedział coś więcej, bo wątpię by wieśniacy byli skorzy do roztwarcia swych gęb i rzeczenia prawdy... — przebiegło przez myśl Sechmannowi, gdy tylko zobaczył jak pozostali ludzie, z którymi przybył do osady, pośpiesznie udali się do swych domostw. Przynajmniej Teodor jest na tyle odważny by nas tam poprowadzić... jednak czy to nie głupota? Jest już ciemno, a on będzie zmuszony wracać kawał drogi sam, a skoro rzeczywiście coś złego się tutaj dzieje, to prawdopodobnie narobi w gacie, gdy usłyszy najmniejszy szmer. Lecz będzie to także dobrym testem, jeśli zginie to teoria o tym, że działa tutaj jakaś inna siła, niż ich własnych rąk, zostanie potwierdzona. W końcu nie powiesiłby się po drodze. — Myśli dręczyły głowę Vitava przez dłuższy czas, w końcu jednak zostały przerwane przez pytanie, które zadał jego towarzysz — Saladyn.
Nie lękaj się przyjacielu, to jedynie iluzja. Choć całkiem szczwana, bo faktycznie wydaje się, jakby miecz płonął. Jedyne co jest faktem, to to, że promieniuje światłem, reszta to tylko zmyłka, choć wielu rzezimieszków już nim odstraszyłem... Skoro mówisz, że widzisz takie cuda pierwszy raz, to pewnie wcześniej nie miałeś styczności z magią, prawda? — odpowiedział, a zarazem zadał pytanie skierowane w stronę swego nowego kompana.
  Minęło już trochę czasu, jednak w końcu dotarli do okolic świątyni, której nawet by pewnie nie zauważyli, gdyby nie światło bijące od miecza, który to z kolei Vitav trzymał w jednej z rąk. Będę musiał tu niedługo zawitać... — pomyślał, gdy tylko zauważył ogromną wieżę doczepioną do tego świętego miejsca. Teodor co jakiś czas się odzywał, jednak Sechmann nie odpowiadał, nie wyglądało też na to, by którykolwiek z jego towarzyszy miał ochotę o czymkolwiek teraz rozmawiać. Wszyscy byli zmęczeni i głodni. Najpierw długa podróż do osady, a teraz z osady do tartaku. Jasna cholera, ostatnio taką drogę przebył, gdy wędrował z jednego końca kontynentu na drugi, by tylko dostać się do Initium.
  Minęło kolejne kilkanaście minut, lecz w końcu cała czwórka dotarła do mostu, który prowadził na wysepkę. Tam właśnie był przybytek drwala. Po chwili przed oczyma Vitava, zaczęła się malować sylwetka rosłego mężczyzny. Gdy podszedł bliżej, zauważył że to wcześniej wspomniany przez Teodora drwal. Był dość dziwnie ubrany, przynajmniej jak na takie warunki. Przypominał także Saladyna, a więc z pewnością pochodził z Sułtanatu Nerdii.
Witaj chlopcze. Mój koń, jak i kruk wydają się być zmęczeni, z chęcią więc odprowadzę ich do stajni. — odrzekł, po czym ruszył za chłopakiem, w stronę wcześniej wspomnianego budynku. Ze spokojem wprowadził zwierzęta do wnętrza i pozostawił je wewnątrz. — Będziesz musiał tu chwilę zostać kolego... — rzekł pod nosem do Szabrownika, który w odpowiedzi jedynie wydał z siebie odgłos krakania...
  Po chwili Vitav wraz z resztą drużyny, znalazł się w miejscu, w którym przyjdzie mu spędzić kilka najbliższych dni.
Nie było żadnej mowy o pomocy, przynajmniej nie kiedy tu zmierzałem. Jednak w podzięce za przenocowanie, możemy wam się jakoś odwdzięczyć. — rzekł do mężczyzn znajdujących się w izdebce. Po chwili zwrócił się także do Teodora.
Nie sądzę by powrót samemu o tej porze do osady był bezpieczny. Powinieneś tu zostać, chyba że chcesz ryzykować rozszarpanie przez wilki, albo inne dzikie bestie grasujące w okolicy. A trup tutaj ściele się gęsto, jak zauważyłem... — zaczął mówić, lecz po chwili przerwał i podrapał się po brodzie, po czym znów odwrócił się do Holgera. — Lecz gdzież moje maniery, zwę się Vitav, lecz to zapewne was nie interesuje. Słowem wstępu, jestem skory do pomocy, jednak w zamian za garść wyjaśnień. Po pierwsze, chcę usłyszeć coś o tej masie samobójstw w wiosce, kiedy to się zaczęło i ile osób już spoczywa pod ziemią. No a na koniec powiedz mi przyjacielu, w jaki sposób mamy Ci pomóc? Jeśli chodzi o zwykłe rąbanie drwa, to masz moje dłonie. Lecz myślę, że o tym porozmawiamy przy kolacji... — rzucił pewnym siebie głosem — Choć możesz mi powiedzieć teraz jedną rzecz... gdzie mogę zostawić swoje rzeczy? Nie będę przecież siedział w tej zbroi przy stole. — spytał i oczekiwał na odpowiedź mężczyzny...
Chcesz żebym poprowadził ci przygodę? Pisz na PW lub GG!

Avatar użytkownika
Antymag
Support
Support
Profesja: Antymag
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 20
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 147
Dołączył(a): 04 kwi 2015, 15:45
Antymag

Re: Vrlika

Postprzez Antymag » 24 kwi 2015, 9:02

Turstakuri siedział w swym koniu w milczeniu. Starał się medytować. Właściwie nie wykonywał żadnego ruchu, pozwalając koniowi, by szedł sam obok Saladynowego wierzchowca. Rozluźnił mięśnie powoli zatapiając się w myślach, gdy wtem koń skręcił na chwile, wytrącając mnicha z równowagi. Ów natychmiast ją odzyskał, jednak nie próbował dalej autohipnozy. Chciał odciąć się od mrozu kąsającego jego skórę, jednak poskutkowało to tylko jeszcze wyraźniejszym odczuciem jego skutków i irytacją. Pierwsze swe myśli skierował w stronę Saladyna. Jego lico nie wydawało mu się znajome, jednak pamięta, że spotkał człowieka z psem pustynnym na statku, którym tu dopłynął. Antymag spojrzał na szakala. Tak, zdecydowanie wydawał się znajomy, chociaż na statku miał nieco więcej sierści. W sumie zwierzę było jedynym stworzeniem, które pamiętał z podróży. Większość czasu spędził w swojej kajucie.
Przeanalizował całą podróż do Waldgrossen i przypomniał sobie Nerdyjczyka, który wyjechał razem z nim karawaną w to przeklęte miejsce. Byli już przy bramie, mnich zauważył przerażenie Teodora. Bawiło go to. Po niedługim czasie dotarli do domostwa drwala. Z ulgą zszedł z siodła i wziął w dłoń Ostrze. Nie był przyzwyczajony do trzymania go na plecach, chociaż podczas podróży konnej był do tego zmuszony. Gdy poczuł zimno czarnej stali, od razu poczuł się pewniej. Gdy weszli do domostwa Holgera, Vitav odezwał się pierwszy. Turstakuri tylko dorzucił:
— Masz może ciepłe ubranie na zbyciu, drwalu?
Tylko poważne sesje. Ale za bycie zbyt poważnym zabijam.

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: Vrlika

Postprzez Eirlys » 25 kwi 2015, 22:06

  Gdy oczy przybyłych przyzwyczaiły się do jasności panującej we wnętrzu domu — tak innej od poświaty, jaką dawał miecz Vitava — zauważyli, że dom drwala był dość przestronny jak na "chatę". Pierwsza izba była bardzo duża, a jej centralną część zajmował ogromny piec, taki, na którym można by wypiekać chleb dla całej tej malutkiej wioski. Przy tym właśnie piecu stał drewniany stół, na którym stał rząd pękatych butelek. Dwie były puste, a trzy pozostały nietknięte. Mężczyzna nazwany Holgerem siedział na krześle odsuniętymi nieco od stołu, a przysuniętym ku palenisku. Za jego plecami znajdowało się dwoje prostych drzwi, kolejne zaś były w północnej ścianie i zasłaniała je po części zasłona z wyprawionych i pozszywanych w prostokąt skór wybarwionych na zielony kolor. Poza piecem i stołem, w izbie stały też dwie półki na ścianie naprzeciw jedynego w pomieszczenia okna, stał też kufer z jasnego drzewa, który stał pod oknem, w którym nie powieszono żadnej firaneczki — była to nowość, bo na terenie wioski nawet w najlichszych chatach powieszono w oknach jakiś materiał, czasem przypominający bardziej szmatę niż firankę. Na półkach leżały przedmioty z drewna i metalu, których wypolerowane powierzchnie lśniły w świetle. Część z nich to rzeźby, część to przedmioty codziennego użytku, ale wśród nich były i takie, których przeznaczenie w żaden sposób nie dało się domyślić. Nie była to może najbardziej przytulna chata, w jakiej Vitavowi, Turtakuriemu i Saladynowi dane było kiedykolwiek się znaleźć, jednak ciężko było odgadnąć powód, dla którego Teodor zdawał się czuć tam coraz bardziej niezręcznie. Co chwila zerkał na okno, ze smutkiem przyjmując do wiadomości, że do świtu jeszcze wiele ciemnych godzin. Godzin, w czasie których nieustannie będzie wiał wiatr i padał śnieg.
  Co zaś się tyczy właściciela tego domostwa, to po przyjrzeniu się mu z bliska widać było, że pociąganie z butelki odcisnęło się na jego wyglądzie. Wysoki i barczysty, mógł kiedyś nawet być uważany za przystojnego, teraz jednak miał zaczerwienioną twarz i sieć pękniętych naczynek na nosie, policzkach, czole... Miał załzawione, zakrwawione oczy, które mimo to bystro i czujnie obserwowały przybyłych, zwracając uwagę na każdy ich ruch.

  Brwi mężczyzny pociągającego co chwila z butelki zmarszczyły się, kiedy ten namyślał się nad odpowiedzią Sechmanna. Wyraźnie nie podobało mu się, że przybyli nie wiedzieli o tym, iż mają mu pomóc.
— Kurewsko dobra organizacja, nie ma co... — głos mężczyzny był już mocno ochrypły przez wypity alkohol. Sam jego dźwięk sprawił, że biedny, dziwnie przerażony Teodor drgnął gwałtownie, przy okazji zawadzając rękawem o dzbanek z wodą. Sparaliżowany patrzył na kałużę, która powoli wnikała w klepisko. Pijący mężczyzna jednak się tym nie przejął i kontynuował dalej. — Jestem Holger Riedl, pracuję tu jako drwal. Skoro trzeba, możecie u mnie przenocować. Miejsc do spania u mnie dość, na lewo jest izba z wolnymi pryczami, miała być dla uczniów, ale wieśniacy coś nie chcą wysłać swoich dzieci na naukę profesji drwala do cudzoziemca... Tam stoi też skrzynia, wasze odzienie i broń powinny się tam zmieścić. Wolne łóżko jest też w pokoju Timma, to mój jedyny teraz uczeń i wychowanek — wskazał na młodzieńca, który wyszedł na spotkanie i pomógł wprowadzić konie do stajni. Teraz, w świetle płonącej na stole świecy widać było, że choć rysy ma nerdyjskie, to jego oczy miały błękitną barwę, taką samą jak u wielu Waldgrosseńczyków. Chłopak krzątał się teraz przy przygotowywaniu posiłku — to mieszał w garnku, z którego unosiła się smakowita woń tłustej, ale mięsnej potrawy, to ustawiał na stole talerze, to przecierał łyżki. W końcu przestał, a w izbie zaległa cisza.
— Zacznę od tego, co jest najmniej nurtujące teraz dla wioski — rzekł po prostu drwal. — Kożuchy i cieplejsze spodnie są w kufrze. Jeśli się w nich zmieścisz i odwdzięczysz się pomocą w odbieraniu długów za drewno — są twoje. A co do samobójstw... Ta... Do tej pory znaleźliśmy z osiemnaście, a może nawet dwadzieścia samobójców. Pierwszego znaleźliśmy dwa tygodnie temu, był to brat zmarłego dwa miesiące temu kupca. Od trzęsienia ziemi znajdujemy ich nawet po trzech nad ranem, zawsze w różnych miejscach w lesie.
— Mistrzu, przecież pierwsze trupy były miesiąc temu!
— Ale to nie były wisielce. Tylko zwykli napaleńcy, co chcieli w lesie, z dala od oczu reszty wioski, zbliżyć się do siebie. Rozszarpały ich wilki.
— Nigdy nie znaleziono wilczych tropów przy zwłokach... Przy tym, co zostało z tych ludzi — Timm nie chciał ustąpić. Drwalowi niezbyt się to podobało. Uderzył mocno w stół. Cud, że nie rozbił przy tym butelki, której nie puszczał ani na chwilę.
— To były wilki! Nie mam zamiaru przyjmować wizyty starszyzny, teraz, gdy zaczynamy zarabiać na wycince drewna dla mieszkańców Vrliki. Uważają, że to były wilki, to może mają rację. Wiele rzeczy może wybebeszyć człowiekowi flaki, a wygłodniałe wilki do nich należą. Niewiele tu zwierzyny, to były zdesperowane i skorzystały z okazji — z początku Holger wydzierał się na swego ucznia, w końcu jednak jego irytacja minęła i mówił dalej swym zdartym głosem. — Ale to nie jest ważne. Miesiąc temu szybciej niż się spodziewaliśmy zaszło słońce, a następnego dnia znaleźliśmy martwą parę. Dwa dni potem dwie pary, po kolejnych dwóch trzy... Potem znaleźliśmy już tylko staruszka, który zaspokoił już całkiem chęć wilków na atakowanie ludzi. Niech się zastanowię. Chyba w sumie rozszarpano osiemnaście osób, część z nich to wieśniacy, a część to wędrowcy, którzy wybrali zły sposób na rozgrzanie się w złym momencie.
  Mężczyzna zamilkł i kiwnął na mężczyzn, by usiedli przy stole. Zaraz potem wstał, przeszedł chwiejnym krokiem ku półce, na której stały rzędem kieliszki i ustawił jeden przed każdym. Timm nałożył każdemu gęstą zupę, w której pływały kawały mięsa. W milczeniu zajął się swoją porcją. Zaraz potem Teodor zaczął jeść, unikając wzroku drwala, który patrzył na niego uważnie.
— Mój znajomy powiesił się trzy dni temu. Jest z innej wioski, ale że wybrał se gałąź drzewa rosnącego na terenie przynależącym Vrlice, pogrzebem musi się zająć nasza osada. Jest jutro. Myślę, że powinniście w nim uczestniczyć. A potem chciałbym, abyście pomogli narąbać drwa. A jeszcze potem trzeba objechać wioskę i zebrać opłaty za wcześniejsze dostawy.


Spoiler:

Avatar użytkownika
Antymag
Support
Support
Profesja: Antymag
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 20
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 147
Dołączył(a): 04 kwi 2015, 15:45
Antymag

Re: Vrlika

Postprzez Antymag » 01 maja 2015, 19:36

Turstakuri spojrzał na przerażonego Teodora z pogardą, a zarazem politowaniem. Odezwał się do Holgera:
— Oczywiście, pomogę Ci z długami. — Potem podszedł do wskazanej skrzyni i otworzył ją. Wziął trochę ubrań w rękę. Narzucił na siebie jakiś grube palto, żeby było mu chociaż trochę cieplej. W trakcie rozmowy drwala i ucznia milczał. Dołączyłby się do rozmowy, gdyby nie to, że był wyczerpany z zimna. Ciekawiło go jednak, co ma do powiedzenia Holger w sprawie zabójstw. Podano zupę, danie, którego Turstakuri nie jadał często. Od razu zaczął spożywać ze swej miski ciesząc się ciepłem rozchodzącym się od żołądka po całym ciele. Czekał jaki obrót przyjmą sprawy.
Tylko poważne sesje. Ale za bycie zbyt poważnym zabijam.

Avatar użytkownika
Vitav
Krtań
Egzarcha
Miano: Vitav
Profesja: Detektyw
Płeć: Mężczyzna
Punkty Wytrzymałości: 10/10
Punkty Ducha: 1
Korony: 47
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 505
Dołączył(a): 01 maja 2014, 15:13
Vitav

Re: Vrlika

Postprzez Vitav » 01 maja 2015, 22:09

  — Mnie zwą Vitavem, Holgerze. — Rzekł Sechmann i skinął głową w stronę drwala, po czym udał się do pokoju, który został mu wskazany. Znalazł tam skrzynię — tak jak powiedział mężczyzna. Zdjął z siebie zbroję i torbę, a następnie schował te rzeczy do wnętrza kufra. Szybko się uwinął, a więc szybko wrócił do stołu. Zasiadł na jednym z krzeseł i wysłuchał co do powiedzenia miał nowo poznany przez syna Egzarchę człowiek.
Ciekawe opowieści rzeczesz drwalu. Oczywiście osobiście pomogę Ci zebrać cały dług, jak i drwa narąbać, lecz pozwól że jeszcze się dopytam o kilka rzeczy. — zaczął mówić, jednak po chwili poczuł woń potrawy przygotowywanej przez chłopaka będącego uczniem człeka, który w fachu miał ścinanie sosen. W tym momencie przypomniał sobie o tym, że od dłuższego czasu nie jadł nic ciepłego, a jego wilczy apetyt dał o sobie znać. Nie dawał jednak po sobie tego poznać i kontynuował myśl, którą wcześniej rozpoczął. — Ten martwy kupiec... nie miał więcej rodziny w wiosce? Chciałbym z nimi porozmawiać. A jeśli nie, to przynajmniej wskaż mi grób jego brata, jak i tej pary co to przez wilki rozszarpana została. Wezmę też udział w jutrzejszym pogrzebie Twego przyjaciela. Swoją drogą nie wyglądasz na zbyt poruszonego tym faktem. — rzekł i oczekiwał nadal na posiłek. Po chwili zwrócił się do rzucającego co jakiś czas kilka słów Turstakuriego.
Co sądzisz o całej tej sytuacji, przyjacielu? Czyż to nie dziwne, że ludzie co krok stają się ofiarami wilków, a wychodząc z domu z rana by nakarmić konie, można zauważyć dyndającego na pobliskim drzewie wisielca? — chciał poznać zdanie swego towarzysza, który przez większość czasu milczał...
Chcesz żebym poprowadził ci przygodę? Pisz na PW lub GG!

Zaloguj  •  Zarejestruj

cron