Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Ren
Splamiona
Miano: Blanka
Profesja: Żniwiarz
Płeć: Kobieta
Punkty Wytrzymałości: 7/15
Punkty Ducha: 1
Korony: 50
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 152
Dołączył(a): 18 sty 2017, 23:12
Ren

Diemelstadt

Postprzez Ren » 06 mar 2017, 16:10



Diemelstadt


  Przede wszystkim należy zaznaczyć, iż wioska do najmniejszych nie należy — niemalże tysiąc mieszkańców mówi samo za siebie. Chociaż to za mało, aby uzyskać tytuł miasta, Diemelstadt wcale nie narzeka. Bliskość boru pozwala miejscowym utrzymywać się z wycinki drzew, którą para się większość tutejszego społeczeństwa. Popyt na tutejsze drewno, głównie pochodzące od sosen czy świerków, w które lasy Erzberg obfitują, jest całkiem duży, tym bardziej, iż tubylcy mają niewielką konkurencję. Powszechnie wszakże wiadomo, iż mroźna knieja obfituje w niebezpieczeństwo w postaci dzikich bestii żerujących na zbłąkanych, słabych wędrowcach. Proporcjonalnie więc do drwali stała jest liczba myśliwych, którzy znają się doskonale na swoim fachu, a na dodatek mają w czym przebierać — głównie w drapieżnikach, których nie brakuje nawet na obrzeżach lasu, do którego mają około tysiąc jardów. Tak więc głównymi cechami wyróżniającymi Diemelstadt na tle innych wiosek jest spora ilość silnych, wytrzymałych, a także surowych ludzi przyzwyczajonych do trudów życia niedaleko nieprzyjaznej im kniei.
  Sama wioska otoczona jest wysoką, solidną palisadą zbudowaną ze sosnowych bali, sięgającą około pięciu jardów. Głównych bram jest zaledwie dwie: jedna wychodzi na zachód, a trakt od niej prowadzi ku głównemu gościńcowi, druga zaś otwiera się na wschód, w kierunku lasów. Sama wioska składa się głównie z drewnianych, podbudowywanych kamieniem porządnych domów, między którymi prowadzą brukowane ścieżki. Mieszkańcy starali się nadać swej wsi namiastkę miasteczka, toteż na próżno tutaj szukać nieporządku czy nawet hołoty. Wszystko jest tutaj zadbane i nawet psy trzepie się rózgami, jeśli nasrają na środku drogi.
  Prócz licznych zabudowań, w Diemelstadt wyróżnia się główny plac, na którym co wtorki odbywa się targ, podczas którego ludzie wymieniają się dobrami lub je sprzedają. Tuż przy nim znajduje się oberża, dom wójta, świątynia Onych oraz rzeźnia. To właśnie tutaj kipi życie towarzyskie, gdy akurat brakuje pracy do wypełnienia.
  Na północ od wsi są nieliczne pola, gdzie uprawia się mało wymagające zboża. Niedaleko nich stoi kamienny młyn napędzany kołem, który zasilany jest prądem niewielkiej rzeki tędy przepływającej. Bliżej lasu mieszkańcy Diemelstadt wybudowali tartak, w którym pracuje się dniem i nocą, bez chwili wytchnienia.
  Tutejsi są miłymi ludźmi, choć o surowych zasadach. Ciężkie życie na skraju lasów Erzberg podyktowało im dyscyplinę, którą tutaj serwują swoim dzieciom. Praca jest dla nich bardzo ważnym czynnikiem, toteż brakuje tutaj żebraków lub obiboków. Wszyscy mają swoje miejsce i nikt nie kwestionuje roboty mu zadanej.

Avatar użytkownika
Ren
Splamiona
Miano: Blanka
Profesja: Żniwiarz
Płeć: Kobieta
Punkty Wytrzymałości: 7/15
Punkty Ducha: 1
Korony: 50
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 152
Dołączył(a): 18 sty 2017, 23:12
Ren

Re: Diemelstadt

Postprzez Ren » 09 mar 2017, 23:52

Wieść niesie, iż coś stało się w Diemelstadt. Nie jest pewnym co, gdyż każdy z tutejszych ludzi miał swoją własną wersję historii, poczynając od dzikich, zmutowanych bestii grasujących na obrzeżach lasu, przez niebezpiecznych bandytów, którzy porywają każdego zbłąkanego człowieka, a następnie robią z niego potrawkę, aż do Pierwszych atakujących każdego, kto im się napatoczy. Tako rzekli ludzie tam mieszkający, lecz prawda, a przynajmniej jej część, pojedyncza poszlaka, na którą Initium natrafiło, jest zgoła inna.

W Diemelstadt znikają ludzie, co jest jasne niczym słońce w zenicie w piękne, bezchmurne południe. Lecz to ani dzikie bestie, które na pewno zostawiałyby za sobą świat, ni kanibale, a nawet Pierwsi, choć tutaj były spory odnośnie tegoż. Prawdą jest, iże tu chodzi o coś więcej, o coś, co jest być może sprawką magii. Wedle informacji udostępnionych Gretel, informator, Egzarcha dokładniej rzecz ujmując, zwany Doronirem, widział dziwne anomalie, dla oka przeciętnego chłopa będące zjawiskiem normalnym lub w ogóle niezauważalnym. Przedmioty, które się poruszają ledwo zauważalnie, dziwne zachowanie zwierząt, a raz nawet grom z jasnego nieba uderzył w samotne drzewo rosnące na polu — wystrzelił z bezchmurnego nieba, nie mając do tego najmniejszego prawa. Sprawozdanie niewiele opowiadało, sam Doronir twierdził, iż cały czas obserwuje wioskę, wychwytując coraz to nowe anomalie. Niewiele to było, by na sto procent być pewnym udziału magii, lecz to samo można było powiedzieć o jej wykluczeniu. Zadanie w sam raz dla świeżo upieczonego Drugiego. Kobiecie rozkazano zbadać sprawę wraz z Egzarchą, a w razie, gdyby rzeczywiście działo się coś, czemu Gretel nie podoła, rozkazano jej w trybie natychmiastowym skontaktować się z Initium, aby poprosić o pomoc. Druga więc wyruszyła w podróż.

Słońce przyjemnie grzało Gretel w plecy, gdy ta zbliżała się do Diemelstadt. Wszędzie czuć było nieuchronnie zbliżającą się wiosnę; w powietrzu, które było rześkie, w naturze, która powoli budziła się do życia po zimowym letargu. Pierwsze ptaki, które przybyły do Waldgrossen, ćwierkały zawzięcie, a pojedyncze owady śmigały koło uszu panny Hatzfeldt. Nadal chłód przenikał kobietę, ale było to normalne — w końcu znajdowała się w strefie klimatycznej, która nigdy do najcieplejszych nie należała.

Druga szybko wjechała na koniu użyczonym jej przez Initium między pierwsze zabudowania. Tutaj jednak spokojne, można by nawet powiedzieć, że znużone zwierzę zaczęło parskać i zarzucać łbem niespokojnie. Kot siedzący na dachu jednego z domów, liżący beznamiętnie swoje organy rozrodcze, nagle przestał wykonywać swą czynność i zasyczał, jeżąc sierść. Gdzieś rozszczekał się pies, a zaraz po nim i drugi. Wkrótce w całym Diemelstadt chyba każde możliwe zwierzę wydawało z siebie donośne dźwięki będące mieszanką złości lub przerażenia. Kobyła stała się również tak nieznośna, że nie sposób było na niej się utrzymać i Gretel została zmuszona do zejścia z niej. Ludzie wokół patrzyli dziwnie na Drugą, ni to ze strachem, ni z niepokojem, lecz szybko się rozbiegli, gdy szkapa wyrwała się spod kontroli kobiety i pognała do przodu, w stronę centrum.

Nie uciekła dalej, gdyż ktoś zdołał ją złapać i teraz uspokajał, z marnym skutkiem. Na rosłego mężczyznę koń nie reagował tak gwałtownie, lecz trudno było mu się opanować i nadal próbował się wyrywać. Jednakże ten, który trzymał lejce, miał prawdopodobnie dużo więcej siły od Gretel, więc kończyło się tylko na próbach. A kim był ów mąż? Otóż, mający niecałe sześć stóp jegomość na pierwszy rzut oka nie wydawał się być tutejszym. Część jego blond włosów opadała mu na czoło kosmykami, reszta sterczała na wszystkie strony, jakby ten dopiero wstał z łóżka. Gęsta broda okalała sympatyczną, pociągłą twarz. Jaksarczyk, jak można było wywnioskować, był potężnie zbudowany — widać było, iż ten nie szczędził czasu na treningi fizyczne. Z odległości, w jakiej zatrzymała się Gretel, by nie spłoszyć z powrotem konia, widziała ona na jego twarzy kilka detali finalnie rozjaśniających jego profil. Oczy były jasnoniebieskie, rysy twarzy łagodne, natomiast wyglądał on na wczesną trzydziestkę. No i blade linie, które ciągnęły się po jego szyi oraz dolnej części twarzy, częściowo przysłonięte przez brodę. Nietrudno było się domyślić, iż jest to Doronir, z którym to miała się Druga spotkać.

Mężczyzna zobaczył właścicielkę zwierzęcia, które mocniej się zdenerwowało, gdy tylko odległość Gretel od niego zmniejszyła się do około czterech jardów. Uśmiechnął się do niej pogodnie i odezwał w dosyć czystym Altrachen:

Trzymaj się na razie z dala od niego i idź do karczmy. Zaraz tam przyjdę i wszystko wytłumaczę — po czym gwałtowniejszym ruchem szarpnął za lejce i zmusił konia do podążenia za nim. Panna Hatzfeldt natomiast szybko zlokalizowała budynek, do którego kazał jej udać się Egzarcha. Oberża jako jeden z niewielu budynków tutaj posiadała piętro i była bardziej okazalsza od reszty. No i Doronir się tam wybierał, najwyraźniej prowadząc kobyłę na tyły, do stajni.

W środku było bardzo ciepło i przytulnie. Drewniane stoły rozstawione były równomiernie; nie było ich wiele, lecz mieściły więcej osób. Za ladą stała znudzony karczmarz, który natychmiast wyprostował się, widząc Drugą i stał się lekko podenerwowany. Gretel jednak długo nie czekała na Egzarchę, gdyż ten zjawił się tuż po tym, jak znalazła sobie przytulne miejsce. Przysiadł się do niej i skinął głową.

Nazywam się Doronir. Wygląda na to, że ogólny zakres sytuacji właśnie zobaczyłaś... ale ale, od czego tu zacząć! Sporo tego się nagromadziło od wysłania kruka, jakby wszystko zaczęło się kulminować. Może prościej będzie, jeśli ty będziesz zadawać pytania? Jak zacznę mówić sam z siebie, to będzie to bardziej chaotyczne — wyrzucił z siebie za jednym zamachem Jaksarczyk i wbił intensywne spojrzenie w kobietę, uśmiechając się zachęcająco.

Avatar użytkownika
Gretel
Nieaktywny
Nieaktywny
Miano: Mithrandir
Profesja: Druga
Płeć: ---
Punkty Wytrzymałości: 10
Korony: 10
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 4
Dołączył(a): 09 lut 2017, 23:20
Gretel

Re: Diemelstadt

Postprzez Gretel » 12 mar 2017, 18:35

  Gretel nie zabawiła w Initium długo, a bynajmniej nie tyle ile pragnęła. Po zaledwie paru miesiącach, gdy nauczyła się kilku podstawowych zaklęć postanowiono wysłać ją na misję. Dziewczyna mimo wielu protestów i próśb nie zdołała wymigać się z zadania. Nie podobało jej się to. Nie czuła się gotowa na samotną podróż, na styczność z magią, której przecież jeszcze dobrze nie rozumiała. Czuła się paskudnie, a strach ściskał jej trzewia. Widziała jednak swoją szansę. Mogła przecież udowodnić swoją przydatność i powrócić do Initium z większą wartością. Może wtedy nauczono by ją więcej i traktowano jak równą. Z drugiej strony mogła zawieść oczekiwania, czy nawet zginąć bez żadnego sensu. Wolałaby zostać w bibliotece, jednak z Mistrzami nie było dyskusji.

  Droga do Diemelstadtu nie była na tyle zła, na ile wyobrażała ją sobie Gretel. Słońce towarzyszyło jej niemal całą drogę, przyjemnie grzejąc plecy. Chciała poczuć je na swojej twarzy, jednak od samego wyruszenia nie zdejmowała swej maski. Bała się, że kogoś spotka a od przemiany nigdy nie była w obecności zwykłych ludzi. Nie wiedziała jak silnie zareaguje. Wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy, a także rozdymał za nią płaszcz, co wzmagało jej majestatyczny wygląd. Nawet nie starała się wyglądać w taki sposób, jednak wszystko samo sprawiało takie wrażenie. Wrodzona klasa powiadano.

  Miała bardzo dużo czasu na rozmyślanie. Oczywiście poinformowano ją o Doronirze i jego wieściach. Starała się dojść do jakichś tez, które mogłaby przedyskutować z Egzarchą jednak nie miała pojęcia co mogło się tam dziać. Odrzuciła oczywiście aspekt Pierwszych. Wydawało jej się to niemożliwe by jeden z nich porywał ludzi i zabijał ich pojedynczo oraz w tajemnicy. Istoty te mają tak wielką moc, że mogły zdmuchnąć cały Diemelstadt bez mrugnięcia i nikt by ich nie powstrzymał. Tak więc ta opcja na pewno odpadała. Bandyci wydawali się bardziej prawdopodobni. Mogli przecież mieć w swych szeregach Egzarchę czy nawet Drugiego. Takie rzeczy się zdarzały, a przynajmniej tak słyszała. Mogło być to jednak zupełnie coś innego. Dziwne anomalie prawdopodobnie miały związek z zaburzeniami aur istot tu mieszkajacych, jednak by było to prawdopodobne ktoś musiał przy nich mieszać. Gretel miała pustkę w głowie. Miała nadzieję, że Doronir będzie w stanie jej pomóc.

  Gdy Druga tylko przekroczyła granicę wsi od razu wiedziała, że coś jest nie w porządku. Jej koń zaczął się bardzo dziwnie zachowywać. Jego strach zwiększał się z każdym krokiem, aż w końcu dziewczyna musiała z niego zsiąść, bojąc się upadku. Ten jednak nie uspokoił się nawet odrobinę, a wręcz przeciwnie. Z rykiem zerwał się z uprzęży i ruszył galopem w stronę centrum. Druga zaklęła szpetnie i ruszyła za wierzchem. Nie zwracała uwagę na ludzi. Od małego potrafiła tak skupić się na celach, że zapominała o istnieniu innych istot dookoła niej. Nie zamierzała tracić czasu i nerw widząc ich strach czy inne nieprzyjazne uczucia.

  Jak się okazało koń nie uciekł daleko. Został zatrzymany przez jakiegoś mężczyzny, który zapewne miał dużo więcej siły niż ona. Potwierdzała to jego umięśniona sylwetka. Przyjrzała mu się uważnie i doszła do wniosku, iż jest on Egzarchą, który ma jej towarzyszyć. Podobał się jej. Zawsze lubiła starszych mężczyzn, a broda była istnym atrybutem męskości. Po oczach i blond włosach od razu poznała, że jest on Jaksarczykiem. Delikatny rumieniec wystąpił jej na policzki, jednak nikt nie mógł tego dojrzeć, gdyż na twarzy wciąż miała maskę. Chyba pierwszy raz ucieszyła się z tej części jej garderoby. Powstrzymałą z trudem szalejącą fantazję, mimo ciepła rozlewającego się po ciele, które wzmogło się po ujrzeniu uśmiechu mężczyzny. Starała się utrzymać wygląd majestatycznej Drugiej z bardzo dobrym skutkiem. Maska bardzo ułatwiała zadanie, gdyż mogła wyładowywać wszelkie emocje za pomocą min i uśmiechów. Jeden z nich rozjaśnił jej twarz gdy usłyszała słowa Doronira. Choć mówił bardzo czysto rozbawił ją jego ledwo słyszalny, jaksarski akcent. Zawsze ją bawiło gdy słyszała obcokrajowców, ponieważ nawet gdy znali jej język bardzo dobrze zawsze było słychać coś obcego, gdy przemawiali.

  Gretel bez wahania poszła do karczmy wyznaczonej przez Egzarchę. Nie było trudną ją odnaleźć, szczególnie, że mężczyzna towarzyszył jej kawałek póki nie skręcił w stronę stajni. Dziewczyna pchnęła drzwi budynku i znalazła się w całkiem przytulnym wnętrzu. Tu już niestety nie mogła uciec przed wzrokiem i reakcjami gości przybytku. Uśmiechnęła się widząc wszechobecny strach. Choć nienawidziła ojca jedna jego nauka była prawdą. Strach równał się szacunkowi, a szacunek posłuszeństwu. Mogła używać tych chłopów jako narzędzi kiedy tylko chciała, jednak w chwili obecnej nie byli jej do niczego potrzebni. Mimo wszystko czuła cudowną władzę.

  Zajęła miejsce w przeciwległym kacie sali, gdzie miała wszystko na oku. Jej lewy bok tył kryty był przez ściany budynku co dawało jej większe poczucie bezpieczeństwa. Nie czekała długo na mężczyznę. Gdy przysiadł się do niej i zaczął mówić, czekała cierpliwie aż skończy. A więc to ona miała zadawać pytania. Nie była z tego zadowolona. Chciała by po prostu zrelacjonował jej krótko całą sytuację, a wtedy miała by jasne punkty odniesienia. Postanowiła poprosić go o to, ponieważ na chwilę obecną nie była w stanie wymyślić właściwego pytania.
  — Czy mógłbyś na samym początku zrelacjonować mi wszystko co działo się tu od początku aż do mojego przyjazdu? Nie pomijaj proszę żadnych szczegółów. Dobrze by było, gdybyś również podzielił się ze mną swoimi podejrzeniami. Nie spiesz się. To ważne by znała sytuację i twoje zdanie.

Avatar użytkownika
Ren
Splamiona
Miano: Blanka
Profesja: Żniwiarz
Płeć: Kobieta
Punkty Wytrzymałości: 7/15
Punkty Ducha: 1
Korony: 50
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 30
Posty: 152
Dołączył(a): 18 sty 2017, 23:12
Ren

Re: Diemelstadt

Postprzez Ren » 26 mar 2017, 0:09

Doronir westchnął, usłyszawszy pytanie Gretel. Przetarł twarz dłońmi i zaczął mówić. Z każdym jego słowem Druga wyraźniej słyszała obcy akcent mężczyzny.
— Od czego tu zacząć... no więc wysłano mnie tutaj, żebym sprawdził, o co chodzi ze znikającymi ludźmi. Potrafią zapaść się pod ziemię dwójkami, nawet trójkami, tylko gdy odejdą za daleko od wioski, chociażby w szczere pole. Ludzie gadają wiele rzeczy. Niektóre z nich są tak niedorzeczne, że mam ochotę zacząć śmiać się na głos... no ale, przez te zniknięcia gospodarka im się sypie. Nie dość, że znikają drwale i myśliwi, to pozostali boją się oddalić od wioski, więc naturalnym jest, że nie ma kto polować i rąbać drzew. Dlatego najpierw wysłano mnie, a nie Drugiego. Myślano, że sprawa jest na tyle błaha, ze interwencja maga nie jest potrzebna. No więc przybyłem. Tyle, że tutaj chodzi o coś innego — skinął na karczmarza, który zdał się zrozumieć ten gest. — Jak zdążyłaś zauważyć, zwierzęta dziwnie się zachowują, szczególnie w moim towarzystwie. Są rozdrażnione, przestraszone. Najwidoczniej w towarzystwie Drugiego dzieje się z nimi gorzej, jak zdołałaś zauważyć. Ponadto zauważyłem także zaburzenia w funkcjonowaniu fizycznym tej wioski. Jakby coś zakłócało normalne działanie sił. Dzieje się to nieregularnie i jest o tyle niezauważalne, że przeciętny chłop tego nie widzi. Ot, przesuwający się widelec, lewitujące przez krótką chwilę przedmioty lub znikające ze swojego miejsca rzeczy. Tylko dla oczu, czasem na sekundę, czasem w ogóle się nie pojawiają, chociaż są. No i wahania pogody, gromy strzelające z bezchmurnego nieba, raz nawet padał gdzieś koło północy deszcz, chociaż gdzie okiem nie sięgnąć, wszędzie chmury. Ziemia też czasem drga — karczmarz przyniósł kufel zimnego piwa mężczyźnie, który uśmiechnął się do niego promiennie, po czym wychłeptał za jednym zamachem chyba z połowę i z hukiem odstawił naczynie na stół. Starł wierzchem dłoni pianę z ust i wąsów, beknął, wcale za to nie przeprosił i dalej kontynuował. — Ludzie widzą tylko zaginięcia. Są ślepi na bardziej subtelne znaki, które z pozoru świecą się jak psu jajca, no ale co poradzić. A co ja o tym myślę... myślę, że to sprawka magii, co w sumie nawet jest pewne. Takiej, co siedzi gdzieś w lesie lub górach. Nie wiem, kto, co i po co, ale nie mam innego wyjaśnienia. Jakieś pytania?

Drugiej włosy zjeżyły się na całym ciele tuż po tym, jak Doronir skończył paplać. Czuła coś, co mogła określić jako energię nieznanego pochodzenia, coś, co zaczęło przyprawiać ją o wszechobecny ból i jednocześnie ekstazę. Przyzwyczajona do pierwszego bodźca niemalże go zignorowała, gdyż odczuwała o wiele gorsze stany, ale drugiego z nich już nie. Gorąco rozlało się po jej ciele i dopiero wtedy zorientowała się, że czuje, jakby wykonywała zaklęcie kręgu pierwszego. Przez szparki swej maski zobaczyła, jak piwo Jaksarczyka chlupocze samo z siebie, jakby poruszane jakąś niewidzialną siłą. Tuż po tym sam kufel zaczął się poruszać, więc Doronir szybko go chwycił, zaburzając tym samym rytm. Gdzieś zagrzmiało. Mężczyzna spojrzał z tryumfalnym i jednocześnie zaniepokojonym wzrokiem na Gretel.
Widzisz? Ledwo przyjechałaś, a od razu coś się dzieje... coś mi się wydaje, że będziemy mieli sporo pracy tutaj. To wredne uczucie zaraz powinno zniknąć. Pewno na ciebie działa intensywniej, prawda? Zapomniałem o tym powiedzieć. Znaczy o wahaniach nastroju, które mam odkąd tutaj przyjechałem. Jakbym nagle się przeistaczał w babę... — mruknął, pijąc piwo i spoglądając z zaciekawieniem na Drugą. Dziwne wrażenie zanikało, podobnie do dwóch ekstremalnych uczuć bijących się w jej wnętrzu o prym.

Zaloguj

cron