Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Menu

Partnerzy Specjalni:



  
Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 26 sie 2017, 21:34

"Bieda z nędzą przez świat pędzą"
-Powiedzonko z pewnej dzielnicy nędzy



Niektórzy mówią że mieszkanie z rodzicami przez długie lata po osiągnięciu dojrzałości, to przejaw niedojrzałości. Trudno powiedzieć, może tak — może nie. Historia Lutza Bleeka to jednak skrajny przejaw negatywnego wpływu męczenia się pod jednym dachem, przykład wręcz podręcznikowy. Taki podręcznik Lutzek by napisał, gdyby nie fakt że umiejętności pisania nie posiadał. Jednak wystarczyło przejść się ul. Uschłych Sosen żeby taką osobę znaleźć.

W południe, piękne i słoneczne — roku 1526, między zrujnowanymi i zaniedbanymi domami, które jego Cesarska Mość ufundował lokalnym nędzarzom, wędrowała ciekawa procesja. Stanowiła ją grupa dzieci, wyrostków i młodych mężczyzn, oraz — choć w mniejszej ilości — dziewcząt. Ta banda, dzieląc się naturalnie na osobniki dominujące, na osobniki do tej roli aspirujące, oraz osobniki podrzędne, wrzeszcząc i przeklinając szwendała się po ulicach. Działo się to w pięknym i dumnym mieście Kinkengardzie.
Na Bogów, kim oni byli? To młodzież pochodząca z okolicznych osiedli, nie mająca nic do roboty, lub nawet jeśli mająca, to tej pracy żarliwie unikająca.
Na czele tej bandy szło czterech młodzieńców — Kiszka, Patyk, Golas i Buła.
Spoglądając na nich, miało się wrażenie że czwórka bogów zstąpiła z niebios aby zaszczycić swą obecnością marnych śmiertelników. Z rękami w głębokich kieszeniach, z wysoko podniesionymi głowami, machając rękami niczym wiosłami na galerze, szli przed siebie. Za nimi — wianuszek gówniarzerii, któremu towarzystwo przywódców stada dodawało odwagi i odbierało resztki hamulców przed dzikimi zachowaniami.

Ważne jest, aby opisać wszystkich wybitnych synów Ulicy Zeschłych Sosen, bo to postacie nietuzinkowe.
Kiszka, wygolony w dziwaczny sposób, z czupryną dziko powiewającą w letnim wietrze był najbardziej wulgarnym i wrzaskliwym osobnikiem jakiego ta okolica zrodziła. Zawsze nosił przy sobie cztery noże, chełpiąc się że jest w stanie zadźgać nimi dowolną ilość "Czarnych", czyli lokalnej straży pilnującej porządku. Kiszka był można by rzec, rzecznikiem grupy — złotymi ustami, które wyrażały życzenia szanownych powyższych.
Patyk, był wbrew głupkowatemu i mylącemu przezwisku najbardziej umięśnionym i najsprawniejszym członkiem grupy. Pełnił rolę niepisanego przywódcy, a to dlatego, że jako jedyny naprawdę wzbudzał respekt u napotykanych ofiar i przeciwników. Nie mówił zbyt wiele, dzięki czemu uchodził za nader inteligentnego, jakoby ciągle zamyślonego nad tajemniczymi "prawami ulicy".
Trzecim młodym i gniewnym był Golas. Golas, a właściwie Lutz Bleek jest już nieco nam znany, lecz warto powiedzieć jaką rolę pełnił w grupie. Otóż, Golas był naczelnym załatwiaczem i kombinatorem. Jeśli trzeba było zorganizować trochę Wesołego Zielska, albo dowiedzieć się gdzie dają darmowe piwsko — udawało mu się to zrobić. Był też naczelnym wierszokletą bandy.
Buła, najmłodszy z czwórki, a do tego najbardziej tęgi, oprócz wiecznie niezadowolonej miny, oraz znajomości u prawdziwych zbójów, właściwie nie miał w sobie nic ciekawego.

W pewnym momencie, koło starego magazynu, będącego jeszcze niedawno częścią jakiegoś warsztatu, czterej się zatrzymali.
-Musimy się pozbyć tej dzieciarni. — Burknął Buła. Nadął swoje policzki, i odwrócił się w stronę hałaśliwej zgrai. Nie powiedział jednak niczego, bo Kiszka go wyręczył:
-Gówniarze, wynosić się stąd! Łazi za nami taka horda nieumyta i tylko wrzeszczy i wrzeszczy. Do nędzy ile mamy to znosić? Zabierać się stąd, bo interesy mamy poważne do załatwienia. Won! — Zakończył tyradę i założył ręce na krzyż. Pozostali dorzucili jakieś słowa aprobaty dla tego pomysłu i spojrzeli groźnie na tłumek. Kiedy tamci zaczęli się rozpraszać ze skwaszonymi minami, Lutzowi przeszła przez głowę złota myśli. Szybko ją wymówił na głos:
-Dziewczyny zostać. Chodźta z nami. -Uśmiechną się do nich zalotnie, a one z radością przyskoczyły do mężczyzn. Patyk kiwnął głową i pokierował wszystkich do magazynu.

Chwilę później, cała siódemka rozsiadła się na starych skrzyniach. Miejsce to pełniło rolę czegoś w rodzaju klubu dyskusyjnego. Lutz, trzymając na kolanach jedną z dziewczyn i jakby od niechcenia obmacując ją po kolanie (podczas gdy ona paliła skręta z Wesołym Zielem) dzielił się właśnie z kompanami swoim kolejnym doskonałym pomysłem.
-Bo wiecie, tak naprawdę to nie jest tak trudno się wybić. No popatrzcie — straż cały czas kogoś zwija, ale dlatego że ci głupcy ruszają to co należy do bogaczy. Przecież ruszając kupców z bogatych dzielnic podstawiają się pod nóż. —Kiwnął głową, sam sobie przyznając rację. Towarzysze, a właściwie Buła i Patyk, słuchali go uważnie. Kiszka był zajęty molestowaniem swej małoletniej koleżanki.
-Patrzcie... No przecież najłatwiejszą metodą będzie obrabiać złodziei. Taki gruby kupiec, albo choćby przekupka na targu od razu poleci do straży. No a taki co kradnie, albo przemyca to poleci do straży? — W tym momencie zagłuszył go wybuch śmiechu jego znarkotyzowanej dziewczynki. Dobrotliwie ją skarcił:
-Weź się zamknij Gerta, bo tłumaczę coś chłopakom. -Gerta najwyraźniej zrozumiała jego słowa i zatkała usta skrętem.
-Niby chcesz ruszyć interesy na całość? Lutz, nie bądź głupi. —Patyk jako najrozsądniejszy z drużyny postanowił skarcić kolegę. Spojrzał na niego swymi brązowymi oczami i wycedził:
-Nie znaczymy na ulicy NIC. Jesteśmy owszem fajne chłopaki, ale co jak pójdziemy na noże z jakimiś zawodowcami? Myślisz że kosy nas obronią? —Golas vel Lutz zagryzł wargi. Nie należał od typów lubiących kłótnie.
-Chłopie, ty sobie z rodzicami poradzić nie możesz, a myślisz o przejmowaniu miasta. Dupa ci się rozparzyła od leniuchowania? —Te słowa zdruzgotały kolejny cudowny pomysł Lutza Bleeka. Było przecież tak blisko...


Bleek wrócił późnym wieczorem, pijany i pod wpływem ziela do domu. Towarzyszyła mu jego adoratorka, którą właściwie musiał prowadzić, bo jej stan był naprawdę beznadziejny. Stanął przed drzwiami domu. Poprawił swoją rudą grzywkę, po czym odwrócił się do Grety:
-Weź się jakoś... ten tego... zaprezentuj. Wiesz, moi rodzice... eee... To porządni ludzie. —Ona coś wybełkotała, lecz Lutz kompletnie nie zrozumiał co miała na myśli.
-Cholera by cię. —Pomyślał na głos i zaczął walić pięścią w drzwi.
Tłukł długo i zapamiętale. Był święcie przekonany że nikt jeszcze nie śpi, tylko wszyscy odmawiają pobożne modlitwy przed snem.
Mylił się:
-Lutz!—Usłyszał wrzask swojej matki, a potem zobaczył ją w całej okazałości na progu.
-Matko.. To jest Riiittta, tfu, to jest Gretta. —Matka wściekła do granic ludzkiej wytrzymałości ryknęła:
-Wiem idioto kto to jest. Przecież to mała Hertzowa. W jakim ty stanie jesteś?! —Zrobiło się niebezpiecznie, bo mamusia zaczęła wymachiwać rękami na lewo i prawo.
-Dziwkę małą tu przyprowadzasz, przychodzisz pijany i śmierdzący zielskiem! Jesteś czarną owcą w rodzinie. My z ojcem tyle sił i modlitw wkładaliśmy w wychowanie ciebie, a ty... zakało rodziny tylko chlejesz i się z dziwkami zadajesz. —Lutz zacisnął zęby.
-To jest Gretta. —Starał się bronić honoru damy która mu towarzyszyła,choć zapewne nie była tego świadoma.
-Wstawałam w nocy, karmiłam cię, ile się musiałam z tobą pasożycie, ty wszo namęczyć! — Lutz spróbował wejść do domu. Zrobił krok w stronę matki, lecz to było o krok za wiele. Ni z tego ni z owego matka uderzyła go czymś niezwykle twardym. Potem poprawiła, uderzając po plecach.
-Ostatni raz cię widzę w moim życiu! Wynoś się mendo, zakało rodziny! Nie będziesz mi dzieciaczków psuł, ty robaku zapluty! — Gorliwośc matki poszła o krok dalej, wypadła zza progu i zaczęła obijać garb swego syna z wielkim zapałem. Wtedy Lutz dał poznać jej swoją synowską miłość i przykładnie uderzył ją otwartą dłonią w twarz. Matka z płaczem rzuciła lagę i ukryła się za drzwiami.
Syn marnotrawny usłyszał łomot zasuwy i krzyki wewnątrz domu.
-Głupia baba. Jakbym wiedział że będę mieć taką matkę, to bym się nie urodził. —Burknął sam do siebie i ruszył w kierunku starego magazynu. Po kilku metrach przypomniał sobie, że musi chyba rozwiązać problem swojej koleżanki. Ona jakby nigdy nic wymiotowała na ziemię, tuż obok progu domostwa rodziny Bleeków.
Gdy skończyła, troskliwy kolega wziął ją na ręce i przeklinając swoich rodziców, ruszył w stronę magazynu.
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 28 sie 2017, 17:10

  Biedota mieszkająca w marnych domach, wzniesionych na cienkiej podmurówce na glinie i z powodu wyraźnych braków w umiejętnościach budowniczych krzywiących się na wszystkie strony, jakie to stały w dwóch rzędach przy ulicy Uschłych Sosen — nazwa ta była bardzo adekwatna, bo nic tylko sosny mogło wyrosnąć na lichej ziemi we wszechobecnym chaosie i brudzie, a i one ledwie się trzymały, dawno już pozbawione igieł — miała wątpliwą przyjemność podziwiać orszak złożony z młodych awanturników. W tej rozwrzeszczanej bandzie nie mogło zabraknąć oczywiście Lutza. Był to młody mężczyzna, który już dawno powinien się ożenić, przejąć warsztat ojca lub nadal pracować pod jego czujnym okiem i jak Oni przykazali co roku płodzić kolejne pacholę. Zamiast jednak postąpić zgodnie z uświęconą miejską tradycją, gdy pierworodny idzie w ślady rodziciela, a młodsze dzieci rozjeżdżają się w poszukiwaniu zajęcia, często ruszając w kierunku portu, by jeszcze jako wyrostki zaciągnąć się na statek, młodzieniec wiódł iście utracjuszowski żywot. Pracy nie podjął, żony nie znalazł, a potomka nie spłodził. Chociaż z tym ostatnim to może i lepiej, Kinkengard i bez tego miał dość bękartów, których spora reprezentacja szła sobie środkiem ulicy, klnąc i czekając tylko, aż jakiś praworządny obywatel zacznie protestować. Owi gówniarze — bo inaczej nie można było nazwać rozpuszczonych bachorów, które całymi dniami nic nie robiły, tylko unikały pracy i prowokowały do bójek — znaleźli sobie godnych idoli. Na czele pochodu szedł między innymi wspomniany już Lutz, w gronie niecnot znajdujący większy szacunek i przywiązanie niż w domu, gdzie nie czekało go nic tylko uzasadnione awantury i wieczna dezaprobata.
  Chłopak szedł ramię w ramię z hulakami na jego miarę o równie wdzięcznych przezwiskach, co jego własne: Kiszką, Patykiem i Bułą. Każdy z nich miał jakąś cechę, która wybijała go na tle reszty wulgarnych i leniwych młodych ludzi — a to wygadanie, a to muskulaturę, jakiej by się prawdziwy woj nie powstydził, a to tuszę na miarę spasionej lochy i wątłą sieć kontaktów wśród prawdziwych przestępców. Nawet nasz Golas, co to gardził szewską profesją, miał pewne zdolności, które dały mu miejsce w owej lidze naczelnych rozrabiaków.
  I tak sobie szli dostojnie przez ulicę w akompaniamencie wrzasków, pisków, swojskich okrzyków "kurwa" rzucanych w losowych miejscach, aż w końcu mimowolni przywódcy całej tej hałastry zdecydowali się pozbyć swych głośnych wielbicieli. Hałas stawał się już nie do zniesienia, tak ze czworo już i tak niezbyt lotnych młodzieńców ledwie słyszało własne myśli, a czaszki rozsadzał pulsujący ból nie tylko z powodu wypitego wcześniej młodego, mdłego piwa, które nie zdążyło sfermentować. Ale tak to bywa, gdy się człek pospieszy z kradzieżą w browarze i weźmie beczkę świeżego towaru miast taką, w której chlupotał szlachetny, bursztynowy trunek... Tak czy siak, złotousty — na miarę prymitywów będących znajomymi Golasa — Kiszka odesłał z kwitkiem większą część grupy, na wyraźną sugestię Lutza pozostawiając tylko trzy młode niewiasty, które z chęcią rozłożyłyby nogi przed każdym z niezbyt urodziwych chłopaków w grupie... a także, jeśli wierzyć plotkom czatujących na gankach staruch, przed każdym mężczyzną, który dałby im w zamian choć trochę narkotycznego ziela. Każda z tych "dam" już dawno utraciła możliwość dobrego wyjścia za mąż — z ich przeciętną urodą i mózgami trwale przytępionymi wódką i substancjami bogatymi w Hypnogeum żaden normalny człek nie zdecyduje się na wejście w związek. Zwłaszcza, że posagu to one nie miały, a ich rodziny nie stać by było za wykup za pierwszą krew. Krótko mówiąc, trzy niewiasty stanowiły idealnie dopasowane towarzystwo dla czwórki naszych bohaterów; chętnie dawały się obmacywać byle komu wiedząc, że i tak nie mogą liczyć na nic więcej. Straciwszy swoją godność już dawno w oczach — a nawet na oczach — sędziwych, plotkujących zaciekle matron, o cnocie już nie wspomniawszy, czerpały z życia wszystko, co mogły. Czyli, mówiąc szczerze, niezbyt wiele: ot, proste rozrywki dla ludu, tani alkohol, seks z przygodnymi mężczyznami okraszony czasem komplementami i obietnicami wielkiej miłości śpiesznie wyduszonymi niemal na bezdechu.
  Taką to właśnie panienkę Lutz tulił do siebie, skwapliwie wsuwając ręce pod jej odzienie, gdy dzielił się ze swymi znajomymi wzniosłym planem rozkręcenia interesu. Według chłopaka jego pomysł nosił w sobie znamiona geniuszu, bo czyż nie było to niesamowicie proste, że miast okradać szacownych obywateli, zabrać się należało za innych złodziei? Jeśli ktoś sam nie wiedzie praworządnego życia, to raczej nie zechce ściągnąć na siebie uwagi straży, nawet wtedy, gdy czas przyjdzie dochodzić swych praw. Bo jak by złodziej miał wyjaśnić, skąd to miał w swym parcianym worku oprócz pęku wytrychów złotą skrzynię wysadzaną brylantami? Niestety, owa genialna myśl nie natrafiła na dobry grunt. Pozostali członkowie bandy nie widzieli w owej metodzie nic dobrego, bojąc się konfrontacji z tak zwanymi grubymi rybami. Kontakty Buły zostały chwilowo zapomniane, w przeciwieństwie do nieporadności Lutza w kwestii rozwiązania konfliktu z rodzicami. Kolejna piękna wizja została zduszona w zarodku, na szczęście Lutza miał kto pocieszyć — naćpana Gerta była więcej niż chętna, by towarzyszyć chłopakowi w jego wyprawie do domu rodzinnego i poznać źródło wszelkich nieszczęść: ojca i matkę Golasa, którzy swego czasu poczęli go i wychowali, zamiast oddać na termin do kowala, u którego połowa uczniów co najmniej ginie z powodu ciężkiej pracy i konkurencji między chłopaczkami. Konkurencji podsycanej głównie przez rodzicieli, gdyż każdy z nich liczył na to, że to ich syn stanie się prawą ręką nie wylewającego za kołnierz, starego już i bezdzietnego kowala.
  Jednak nie o tym myślał chłopak, gdy zdążał do domu. Zrobił ten ogromny wysiłek, sugerując swej towarzyszce, by spróbowała wyglądać okazale w obliczu jego matki, szkoda tylko, że stan dziewczyny nie pozwalał jej na rozumienie nawet wyrażonych wprost poleceń. Trzeba jednak przyznać, że się postarał... tworząc warunki zaiste doskonale ku temu, by jego pobożna, rozhisteryzowana rodzicielka wpadła w szał. Najpierw zwyzywała biedną, nieświadomą niczego Gertę od dziwek, potem zaś w szale jęła tłuc swego syna. Lutz nie był jednak potulną owieczką, skorzystał z okazji by oddać matce, co w końcu skłoniło ją do powrotu do ciepłego wnętrza. Utyskiwaniom chłopaka na głupotę i porywczość kobiety towarzyszyły jakże znajome dla jego uszu odgłosy wymiotowania — to żołądek młodej dziewczyny w końcu postanowił zaprotestować przeciw wdychanym wcześniej oparom z zielska i wypitemu na głodniaka młodemu piwu — płaczu matki i żarliwych modlitw jego młodszych braci. Przemyślny ojciec pewnie nakazał im odmówić paciorek głośniej niż zwykle, aby ich głosy zagłuszyły żonę. Nie na wiele się to zdało, zresztą w okolicy słychać było i tak gorsze rzeczy. Lutz mógł wyraźnie wyłapać, że sąsiad znów gwałci swą młodą ślubną, biedną dziewczynę o drobnych piersiach i wielkich, wyłupiastych oczach, której rodzice nie zdecydowali się poinformować o małżeńskim obowiązku. Niewiasta płakała więc co noc i krzyczała tak, jakby odzierali ją ze skóry, co niekiedy bywało prawdą. Mąż nie lubił podnosić ręki na żonę, odkrył, że stawała się potulniejsza, gdy miast tego szarpał ją za rany, które gniły i cuchnęły straszliwie ropą. W domu na prawo od domostwa pobożnych Bleeków działa się właśnie libacja alkoholowa, grupa pijanych mężczyzn w średnim wieku głośno kłóciła się ze sobą i opowiadała zalety dziewcząt z pobliskiego burdelu. Dalej było jeszcze głośniej, zresztą na ulicy nie było domu, gdzie nie trwałaby w najlepsze awantura, popijawa lub też ktoś kogoś nie rżnął. Nawet psom nie darowano. Nic więc dziwnego, że Lutz, przyzwyczajony do kakofonii takich odgłosów, nie przejął się płaczem matki.
  Chłopak z niezwykłą troskliwością zaniósł Gertę do opuszczonego magazynu. Gdy ułożył ją na zimnej podłodze, zrozumiał, że coś jest inaczej niż zwykle. Początkowo wydawało mu się, że zapach dymu do pozostałość po naradzie, gdy jednak wyłapał trzask polan, zaczął coś podejrzewać. Podejrzenia te urosły do rangi obserwacji, gdy zobaczył pomarańczowe odblaski na ścianie w kącie. Zyskał pewność wtedy, gdy do jego uszu doleciał kaszel wydobywający się zza skrzyń, które odgradzały ów kąt od reszty pomieszczenia. Nie zdołał jednak podjąć żadnej decyzji, gdy nagle usłyszał cichy warkot, wydobywający się z psiego gardła. Zaraz potem poczuł, jak silne szczęki zaciskają się na jego łydce. Czarny, kudłaty zwierz będący najwyraźniej mieszańcem psa i wilka łypał na niego żółtymi ślepiami i wciąż powarkiwał. Trzymał mocno kawałek mięsa, nie bacząc na to, że ciepła krew wypływała z rany, zalewając podłogę i brudząc dłoń Gerty, która przez sen sięgała już do Lutza, niechybnie po to, by zacisnąć palce na jego członku. Teraz jednak nie mogła tego zrobić, wilczur blokował skutecznie dostęp do rozporka chłopaka.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 28 sie 2017, 18:58

  Wchodząc do magazynu był przekonany że teraz jego męczarnie tego dnia zostaną wynagrodzone. Zmęczenie spowodowane ciężką pracą i naradą z towarzyszami, zasłużony odpoczynek i niezasłużona awantura którą wywołała jego wredna matka... To było zdecydowanie zbyt wiele dla niego. Teraz gdy nikt nie będzie się już awanturował i przeszkadzał, wreszcie będzie mógł zająć się paleniem tych marnych resztek zielska jakie mu zostały, oraz "opieką" nad Gretą, która nieco zaniemogła.
Jednak nic nie szło po myśli młodego mężczyzny tego wieczoru. Gdy wszedł do środka, zauważył że coś tu nie gra. Położył dziewczę na ziemi, zrobił to ostrożnie — bo mimo wielu wad swojego zdegenerowanego charakteru zawsze był opiekuńczy. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, usłyszał warkot psa.
Potem ktoś postanowił posmakować jego nogi.

  -Aaaaayyyaaayy. -Lutz dość niewyraźnie wyartykułował przerażenie, wściekłość i oszołomienie słowami. Spojrzał na psa, lecz jego zalewany bólem mózg nie był w stanie kompletnie niczego wymyślić. Zacisnął zęby z całej siły, aż zaczęły szczękać niczym coś co szczęka. Bydle było duże, gapiło się swoimi wstrętnymi gałami na biednego mężczyznę, trzymając kawałek jego ciała w pysku. Gdy Lutz widział ochłap w paszczy potwora zachwiał się na nogach. Pchany instynktem przetrwania odsunął się od bestii i zaczął pojękiwać:
-Kurna! A było tak pięknie... Boli, boli boli. Co się gapisz? Żryj to!—Wykrzywiając gębę z bólu który przypominał mu pamiętne słowa Patyka który zawsze ostrzegał przed psiskami. Jego mentor i dobry koleżka był święcie przekonany że czworonogi to najgroźniejsze stworzenia dla "człowieka ulicy", bo w łapę nie wezmą, a i nawet do pierdla nie wsadzą. Zagryzą, nawet nie wiedząc co czynią.

Bleek wiedział jedno — to bydle może go rozszarpać jeśli zrobi coś głupiego. Może lepiej że nie miał akurat przy sobie noża, co w innych wypadkach uważałby za zabójczą lekkomyślność. Tym razem jednak, jego ostrze zapodział gdzieś tutaj, w magazynie. Za cholerę nie wiedział czy Greta mu je wyciągnęła i się nim bawiła, czy podczas siedzenia i picia piwska ktoś akurat chciał coś odkroić i użyczył mu swojego sprzętu.
Mniejsza o to, ważne że stał zakrwawiony, jakieś bydle właśnie trzymało w mordzie kawałek jego cennego ciała, a jego niczego nie rozumiejąca koleżaneczka leżała i śniła sen złoty.
Lutz zrozpaczony sytuacją, nie wiedząc co czyni, bo na rozważania i planowanie warunków nie miał, zaczął grzeczno-płaczliwym głosem bełkotać:
-Piesku proszę cię idź do swojego chędożonego w rzyć pana... Jesteś taki dobry, szuczysynku więc proszę... Aaaałł... Merdając kurna swoim ogonkiem... Idź sobie no. —Jego jęki będące mieszanką wszystkiego co dzisiaj doświadczył były zapewne niezrozumiałe dla istoty która uznała że najlepszym dla niej schronieniem jest magazyn gdzie chłopcy z ulicy Uschłych Sosen mieli swoje schronienie.
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 28 sie 2017, 20:53

  Lutz zakończył kolejny męczący dzień, gdy usilnie starał się, aby nie zrobić nic pożytecznego — ot, zdobył się na kradzież młodego piwa, łapczywe chlanie ciepłego, szybko uderzającego do głowy trunku, narada w magazynie i w końcu awantura z matką — nic więc dziwnego, że czuł, iż zasłużył na odpoczynek. W dodatku nic, co sobie postanowił mu nie wyszło. Znów został wyrzucony z domu, a pozostali członkowie grupy nie podzielali jego zdania, że należy przenieść uwagę na innych złodziei. Nawet teraz Gerta znajdowała się w stanie, gdy chłopak nic nie mógłby z nią zrobić. Wielu na jego miejscu w tym momencie by sobie poużywali i tak, korzystając z jej nieświadomości i niezdolności do protestu, ale nie on. Jak na młodego, zdegenerowanego człowieka wciąż miał w sobie coś na kształt kodeksu moralnego, nie mówiąc już o zadziwiającej delikatności. Gest, w jakim ułożył bezwładne ciało ćpunki był bardzo intymny, ale coś nie pozwoliło Lutzowi czerpać przyjemności z tej chwili. Ktoś jeszcze był w magazynie, o czym świadczył szereg poszlak: ognisko, okropny kaszel i w końcu to cholerne psisko.
  Wilczur stał obok Lutza i na rozpaczliwą próbę chłopaka odsunięcia się od zwierzęcia, zawarczał groźnie, wciąż trzymając w pysku kawałek łydki wraz ze skrawkiem materiału. Pies nie miał zamiaru zjeść mięsa, tak jak nie chciał pozwolić, aby jego ofiara oddaliła się dostatecznie daleko, aby była bezpiecznie. Chociaż Golas i tak nie miał szans. Oto przed nim stał dorosły pies sporych gabarytów, przyuczony do ataku bez ostrzeżenia. Sam natomiast był wciąż jeszcze pijany i naćpany owym marnym zielem, jakie udało mu się znaleźć. W dodatku czuł okropny ból w miejscu, gdzie kiedyś przyłączony był kawałek skóry wraz z mięsem. Z rany broczyła krew, wartkim strumieniem spływając w dół. Gdy chłopak zrobił wcześniej krok, usłyszał chlupot w bucie. A jucha wciąż płynęła, widać zbyt wiele piwa wypił, gdyż krwawił jak prosię. Psisko natomiast wciąż patrzyło na niego tak, jakby poważnie rozważało rozszarpanie gardła. Dobrze chociaż, że Gerta nie była świadoma zagrożenia, chociaż jej jęki w owej sytuacji wydawały się dziwnym żartem losu. Dziewczyna śniła właśnie seksualna fantazję z jej dłonią zaciśniętą na penisie Lutza w roli głównej, a silne, agresywne psisko gotowe było zagryźć na śmierć rudzielca. Nic dziwnego, że chłopak panikował. Z jego gardła wydobywała się cała litania próśb pod adresem zwierza, zlewająca się w jeden długi, nieco piskliwy jęk. Wilczur pozostawał niewzruszony, dalej łypał spode łba tymi swoimi żółtymi ślepiami.
  Cała ta sytuacja trwała może minuty, ale przyciśnięty do muru, na wskroś przerażony Lutz czuł, jakby mijała właśnie jego ostatnia godzina. W końcu, równie cicho co pupil, zjawił się właściciel psa. Był to niewiele wyższy od rudzielca młody mężczyzna, najpewniej jego rówieśnik. Poza wiekiem nie było jednak zbyt wielu rzeczy, które by ich łączyły — nieznajomemu bliżej już było do Patyka. Nie był co prawda nadmiernie umięśniony, ale czuć było po jego ruchach i tym, jak powolnie, głęboko oddychał i bacznie obserwował wszystko dookoła, że drzemała w nim ogromna siła wsparta szeregiem umiejętności. Człek ów patrzył teraz na Lutza z wyraźną drwiną piwnymi oczami, uśmiechał się niepokojąco cienkimi wargami przeciętymi w poprzek pionową, czerwoną blizną i dzierżył w żylastej łapie miecz, w każdej chwili gotowy do pchnięcia. Widać jaki pies, taki właściciel. Jeśli zauważył nieprzytomną Gertę — a musiał, bo dziewczyna wydawała z siebie takie dźwięki, jakby właśnie znajdowała się w burdelu — to nie dał tego po sobie poznać.
  — A coś ty za jeden? —zapytał zaskakująco normalnym głosem. Przy całej jego aparycji zakapiora spodziewać się można było chrapliwego, szorstkiego głosu, a zamiast tego nieznajomy przemówił tak samo, jak zwykle kupcy wciąż jeszcze uprzejmi, ale już podirytowani pytają niezdecydowanych klientów, czego sobie życzą.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 28 sie 2017, 21:37

  Doprawdy, widok dobrze zbudowanego, uzbrojonego faceta, o aparycji "prawdziwych zbójów", który ma w planie przyszpilić Lutza do ściany nie był zbyt miły. Jednak, był to jedyny człowiek który mógł w jakikolwiek sposób pomóc Bleekowi w pożałowania godnej i groteskowej na swój sposób sytuacji. Spojrzał na niego, potem na psa i znów na swojego przyszłego wybawcę lub mordercę.
-Jestem Lutz Bleek, ajjj... —Syknął i spojrzał na bestię która go wciąż trzymała, nie mając zamiaru puścić.
-Pochodzę z tej ulicy, mieszkam niedaleko. Palica no. Ałł. Moim ojcem jest szewc, Bleek — mieszka niedaleko. — Lutz naprawdę nie mógł się tak łatwo skupić, więc to że się powtarza wcale nie było największym jego problemem.
-Latam z chłopakami z tej ulicy. Taka grupa wesołków. Czasami można nas tu spotkać. Patyk ałć! Buła, no i kilku innych.
A tutaj przyszedłem bo... —
Zawahał się na chwilkę, lecz było to trudne do zauważenia, bo cały czas pojękiwał i przerywał. W końcu wykrztusił resztę:
-Bo matka wyrzuciła mnie z domu. No ten, nie mogę wracać, bo jestem wypity i do tego przyprowadziłem moją przyjaciółkę. W ogóle to chciałem spędzić tutaj noc, a jutro pomyśleć co dalej. — Zacisnął jeszcze raz zęby, skupiając resztki siły woli powstrzymującego przed darciem się w wniebogłosy.

  Spojrzał na swoją jęczącą koleżankę. Może w innych okolicznościach miałby skojarzenia z burdelem, jednak w tym wyjątkowym wypadku, mając kompletnie zrujnowany dzień, humor i niewielką nieprzyjemność jaką był pies wgryzający się w łydkę, skojarzył te dźwięki z czymś innym. Bardziej przypominało to stęki człowieka który nie może się wypróżnić. Przełknął ślinę, pociągnął nosem i zamrugał oczami w których od dymu pojawiły się łzy. To co się zdarzyło w magazynie było dla niego zupełną zagadką.
Przez moment przeszła mu przez głowę myśl że to może być nowy właściciel. Myśl że może to być straż od razu odrzucił. Gdyby Czarni chcieli go zgarnąć to zrobiliby to z łatwością z jaką pstryka się palcami.
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 30 sie 2017, 19:16

  W sytuacji zagrożenia, gdy ze zranionej nogi obficie broczyła krew, ból tępił zmysły, psisko warczało nieustannie a jego właściciel bynajmniej nie wyglądał na praworządnego obywatela, Lutz wykazał się zaprawdę zdumiewającą ufnością. Groźna aparycja zbira nie sugerowała przyjemnego usposobienia, mimo całkiem miłego głosu, a mimo to rudzielec liczył na dobrą wolę nieznajomego. Widział w wojowniku swoją jedyną szansę, w końcu jeśli nie odwoła on owej krwiożerczej bestii, która wciąż łypała na Golasa jak na swój przyszły, ale dość oporny w zrozumieniu swego losu obiad, to kto to zrobi? Mimo jednak iskierki nadziei, która tliła się w sercu próżniaka, czuł jednocześnie ogromny strach. Włoski na karku stanęły dęba, głos się łamał, język plątał, a myśli ciągle mieszały, gdy w panice paplał, starając się skłonić mężczyznę do odwołania wilczura. Ten słuchał uważnie, z dziwną życzliwością i łagodnością na surowym obliczu zabijaki, niczym klecha spowiadający młodą dziewczynę z grzechów rozwiązłości i pychy. W końcu Lutz zakończył swą krótką opowiastką, która dłużyła się niemiłosiernie przez jęki bólu. Gdy zamilkł, całą siłę woli musiał włożyć w to, by nie zemdleć. W oczach mu pociemniało, usłyszał przeciągły szum w uszach, a pulsujący ból stał się nie do zniesienia tak bardzo, że aż musiał zacisnąć szczęki, gdy poczuł, jak zawartość żołądka — głównie piwo, prawdę mówiąc — wraca do gardła. Tajemniczy wojownik zdawał się nie zwracać uwagi na trudności, z jakimi boryka się jego rozmówca. Nieczuły na jego cierpienie tak samo, jak obojętny na los nieprzytomnej dziewki, niedbałym ruchem machnął dłonią i rzekł:
  — Dosyć, Śmiały —przez obecną kondycję chłopaka chwilę zajęło, nim Lutz zrozumiał, że to nie do niego zwrócił się nieznajomy. Była to chwila dostatecznie długa, aby nieco przejaśniło mu się w głowie. Gdy mężczyzna w końcu zaczął coś mówić, przyjrzał mu się jeszcze raz. Tym razem zdołał więcej dostrzec. Właściciel psa miał na sobie proste, robocze ubranie, jakie noszą zwykle wieśniacy przybywający na targ, był natomiast uzbrojony po zęby. Niejeden wojownik nosił przy sobie mniej broni, o przekupnych strażnikach nie wspominając. A więc po kolei Lutz zauważył przewieszone przez ramię i kuszę, i łuk. W dodatku do obu boków przytroczone były pochwy z mieczami i czy to, co widział na pod rękawem lewej ręki to nie był przypadkiem zarys karwasza z jakimś ostrzem? Doprawdy, wełniana kamizela i spłowiała biała koszula i takież spodnie w popielatym odcieniu, o topornych buciorach nie wspominając, nie pasowały do tego małego arsenału. Mężczyzna miał wąskie, piwne oczy, które wyglądały tak, jakby były wiecznie zmrużone w ochronnym odruchu przed palącymi promieniami słońca. Posiadał też bujną brodę i takąż czuprynę, wyraźnie barwioną czernidłem. Ich kolor był tak nasycony, jakby włosy wojownika były zrobione z węgla. Wszystko to były cechy, które zazwyczaj dostrzega się już na pierwszy rzut oka, jednak Lutz w chwili spotkania z nieznajomym wciąż był przytępiony alkoholem i zielem, ogromną rolę odegrała też wzbierająca w sercu panika. Z każdą kroplą krwi, która wypłynęła z rany — a co by długo o tym nie mówić, wiele posoki chłopak stracił w wyniku ugryzienia — zdolności poznawcze rudzielca nikły, był za to bardzo wyczulony na potencjalne zagrożenie, toteż większą uwagę zwrócił na aurę zagrożenia, jaka otaczała nieznajomego, niż na poszczególne elementy jego wyglądu. Gdy rudzielec wszystko to sobie notował w głowie, jednocześnie czując bardziej niż widząc, jak pies w końcu daje sobie z nim spokój i w dumnej pozie staje obok swego właściciela, farbowany brunet mówił tym swoim przyjemnym, z lekka kupieckim głosem:
  —A już myślałem, że jesteśmy równolatkami... Ale skoro trzymasz się maminej spódnicy, musi być inaczej — może w innych okolicznościach Lutz odczułby te słowa tak, jakby ktoś zdzielił go w twarz. Obelga była wyraźna, ale chłopak zbyt był przejęty pozorną wolnością i możliwością zatamowania krwawienia czymkolwiek bądź, by zwrócić na nią uwagę. — W jednym jednak jesteśmy podobni; i ja chciałem tu przeczekać noc, a jutro zobaczyć, co dalej. Nie będę przeszkadzał tobie i twojej przyjaciółce, ale możesz przysunąć ją do ognia, to chociaż nie zmarznie. Noce są chłodne, a w jej stanie i tak za wiele nie zdziałacie. Jutro nasze drogi się rozejdą i jeśli się postarasz, już nigdy się nie spotkamy.
  Co tu dużo mówić, nieznajomy nadal zamierzał takim pozostać. Był tajemniczy i bardzo ostrożny, nie zdradzając żadnych osobistych informacji. Za skróconą, ale szczerą wersję historii wieczora Lutz otrzymał zapewnienie bezpieczeństwa. Wojownik nie czuł się nawet wo obowiązku zaproponować, że pomoże w tamowaniu krwotoku. A jucha wciąż płynęła z rany, pies musiał doskonale wiedzieć, w którym miejscu znajduje się tętnica i ją przegryźć ostrymi jak brzytwa zębiskami.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 30 sie 2017, 20:43

  -Aaaaaaj, bogowie miłosierni. — Lutz ledwo utrzymując się na nogach spojrzał na rozdartą kłami psa łydkę. Doprawdy, nie wyglądało to zbyt dobrze. Na wpół omdlały, choć jeszcze na pół świadomy mężczyzna oparł się jedną ręką o podłoże. Utrzymanie się na nogach stawało się zbyt trudne. Może gdyby nie był nietrzeźwy, łatwiej poradziłby sobie w tej sytuacji. Miał jednak do wyboru śmierć z wykrwawienia, albo rozpaczliwą próbę powstrzymania krwotoku.
-Do cholery, do cholery... Chłopaki z Sosnowej Ulicy zawsze sobie... Kurwa... —Siedząc na ziemi, która była zalana posoką Golas usilnie starał się cokolwiek wykombinować. Przez głowę przeleciała mu myśl która przywołała wspomnienie z dawnych lat. Jakieś siedem lat temu, podczas kompletnie bezsensownej zabawy nożami jeden z chłopaków paskudnie zranił się nożem w rękę. Mniejsza o to czy zrobił to żeby popisać się przed jedną z dziewcząt, które uwielbiają takie wygłupy czy nie. Ważne, że jeden z ówczesnych "autorytetów", Wiosło poradził mu żeby zrobił opatrunek z koszuli. Od tamtego czasu wielokrotnie z lepszym lub gorszym skutkiem różni jego towarzysze byli zmuszeni do używania tego typu sposobów na uratowania resztek juchy.
-Może byś mi pomogła Gerta? Leżysz tylko. — Zły na cały otaczający go świat Lutz postanowił wyżyć się na nieprzytomnej. Nie mając jednak innego wyboru, postanowił zrobić to co wydawało mu się najwłaściwsze, czyli przystąpić do przygotowania opatrunku.

  Zdarł z siebie koszulę, która naprawdę nie była ani pierwszej czystości ani świeżości. Spojrzał na nią spróbował odedrzeć spory kawałek. Ten kawałek zgięty raz lub dwa chciał przyłożyć do rany. Resztę zaś owinąć jak najdokładniej i bardzo mocno resztą koszuli.
-Raz kozie śmierć. —Jęknął raczej, niż powiedział to pewnie. Podczas próby ocalenia zaczął coś do siebie bredzić. Zawsze lubił gadać, nawet jeśli udawał zamyślonego i poważnego. W obliczu rychłej śmierci zaczęło z niego wychodzić wszystko.
-Do jasnej cholery. Tak to jest w życiu. W innej sytuacji... Echhhhajjajajj... W innej kurwa sytuacji, jakbym był baronem albo jakimś świętym pierdzielem to by mnie dziesięciu ratowało i czterdziestu im pomagało. Sto bab by się za mnie modliło. Tak... Echhh... Takk to do nędzy człowiek zdycha w samotności, a jedyna baba co za niego się modli to jego matka co chce żebym spłonął na stosie albo żeby mnie na wieki... Zamknęli w wieży. Ałłłła. —Ta dziwaczna tyrada skierowana ni to to do siebie, ni to do potomnych których nie miał, ni to do Gerty, ni to do nieznajomego towarzyszyła lutzowej próbie ocalenia swojej nogi i reszty.

Nigdy nie przeszkadzał mu widok cudzej krwi. Również zwierzęcej. Własne rany też jakoś znosił, choć nigdy nie były przyjemne. Co innego jednak, gdy siedzi się we własnej jusze, będąc pijanym i mając zamącony umysł ziołem. Zawsze też, łatwiej zatamować ranę wykonaną nożem lub gwoździem z maczugi niźli taką którą stworzyła paszcza stwora o dumnym imieniu Śmiały...
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 30 sie 2017, 22:20

  Wciąż krążący w krwi alkohol i wciąż narastająca panika rozkojarzyły Lutza na tyle, że miast odpowiedzieć uzbrojonemu ponad wszelką miarę nieznajomemu, zaczął gadać do Oni tylko wiedzą kogo. Żeby chociaż mówił do rzeczy, ale gdzie tam. Golas plótł trzy po trzy, gorączkowo próbując wydobyć z mroków niepamięci mgliste wspomnienie sposobu na zatamowanie krwawienia, który to sposób onegdaj wyjaśnił Wiosło. Niestety, owa metoda wymagała poświęcenia koszuli, ale skoro rudzielec i tak nie posiadał żadnej wartościowej rzeczy, to czemu niby miałby żałować owego łacha? Z tą myślą chłopak jął szarpać koszulę. Za pierwszym razem okazało się, że w rękach miał za mało sił, by rozedrzeć tą i tak ledwie trzymającą się w jednym kawałku koszulę. Ponowił więc próbę. I jeszcze raz. I jeszcze. W końcu, gdy już ciemniało mu w oczach, udało się. Potem jeszcze tylko musiał zapanować nad drżącymi palcami i przyłożyć ów prowizoryczny opatrunek do ziejącej w nodze ranie zamiast do strzępu spodni, który przylepił się do strugi krwi, która wypłynęła na samym początku. Materiał szybko przesiąkł posoką, ale gdy Lutz dobrze go docisnął do mięsa — co wywołało falę bólu tak silną, że omal nie zwymiotował wprost na twarz tkwiącej w pijackim śnie Gerty — czerwona ciecz w końcu przestała opuszczać ciało. A gdy zabezpieczył ów skrawek, obwiązując go resztkami koszuli, miał już pewność, że nie straci ni kropli więcej.
  Gdy miał za sobą ten sukces, zauważył, że nieznajomy zdążył klęknąć przy dziewczynie i teraz ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się jej twarzy. Lutz na początku nie rozumiał, co spowodowało ten odruch, biorąc pod uwagę, że brodacz jeszcze chwilę temu skutecznie ignorował jej obecność w magazynie. Szybko jednak dostrzegł, że coś było nie tak z jej mimiką. Na przemian to otwierała, to zaciskała usta, a jej powieki trzepotały, raz po raz ukazując białka. Dziewczyna nie miała drgawek, ale jej twarz przybierała dziwne, niezrozumiałe miny. W końcu atak minął, ale mężczyzna dalej patrzył na Gertę. W końcu zapytał Śmiałego, czy nie uważa, iż cała ta sytuacja była cokolwiek niepokojąca. Szlachetne zwierzę leżało u nóg swego pana, patrząc na niego z wyrazem całkowitej obojętności.
Pies nie czuł się w obowiązku, by odpowiedzieć na to pytanie w jakikolwiek sposób — ani nie szczeknął, ani nie warknął czy prychnął, nawet nie machnął ogonem. Teraz, gdy ból i mdłości złagodniały, rudzielec mógł dostrzec, co wcześniej było tak niepokojące, jeśli chodzi o oczy wilczura. Mianowicie lewe ślepię nie było chronione przez powiekę. Wokół oka była obwódka z nieco krótszych i rzadszych włosów, tak że prześwitywała różowawa skóra. Gdy zwierzę zauważyło, że chłopak się mu przygląda, z psiego gardła wydobył się krótki, ostrzegawczy warkot.
  — Spokojnie, Śmiały, to nie niedźwiedź, nie musisz się tak ekscytować — rzucił niedbale nieznajomy. W końcu, namyśliwszy się chyba, aby okazać pozory serdeczności, zwrócił się do Lutza: — Chodź do ognia, zjemy zaraz jakieś mięsiwo, napijemy się nalewki, to może pies przestanie tak na ciebie łypać.
  Była to bardzo hojna propozycja — wilczur brodacza omal nie zabił rudzielca, a teraz jego właściciel zapraszał chłopaka na kolację, aby bestia porzuciła plany rozszarpania gardła Golasa... Wszystko to brzmiało tak, jakby to nie była wina nieznajomego, który wciąż sprawiał wrażenie w każdej chwili gotowego skręcić Bleekowi kark, że wytresowane przez niego zwierzę atakowało znienacka z ogromną zaciekłością, nie bacząc na to, czy ofiara stanowiła dla niego zagrożenie, czy nie.



Spoiler:

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 01 wrz 2017, 11:26

  Panowanie nad emocjami to wielka sztuka. Człowiek w normalnych warunkach miewa z nią problemy, a co dopiero w sytuacjach stresowych. Gdy jednak straci się odpowiednią ilość krwi, stanie się w obliczu śmierci, oraz wcześniej zostanie się wyrzuconym z domu i pogryzionym przez dziką bestię wszelkie rozsądne próby zapanowania nad sobą tracą sens. Lutz doświadczywszy tych wszystkich dziwacznych i niebezpiecznych rzeczy, czuł zupełny mętlik w głowie. Siedział dalej w kałuży swojej krwi, która zdawała się lepka i śmierdząca. Dłonią która była cała pobrudzona juchą przesunął po swojej brudnej grzywce. Tępo spoglądał na dziewczynę która przeżywała właśnie... właściwie nie wiadomo co. To że brodacz i jego wierny zwierzaczek właśnie ją obserwowali nie miało dla niego znaczenia. Lutz uznał że pewnie to jakieś efekty uboczne po spaleniu zbyt wielkiej ilości zielska, któremu towarzyszyło srogie picie. Wciąż znajdując się w stanie, który można by malowniczo określić jako "bardziej martwy niż żywy" nie miał siły na zajmowanie się osobą która choć nieprzytomna nie była zagrożona rychłym zgonem.

  Słysząc ofertę nieznajomego, który nagle zaproponował wspólny posiłek i popitkę poczuł się dziwnie. Oczywiście nie miał najmniejszej ochoty żeby cokolwiek jeść, a tym bardziej żeby dalej pić alkohol. Noga nie pozwalała też na zbyt dalekie podróże, więc o podejściu bliżej ognia nie było mowy. Jedyną opcją było przeczołganie się tam na własnym zadku. Na pomoc z czyjejkolwiek strony nie miał co liczyć. Spojrzał na swojego "towarzysza" i odpowiedział:
-Jakoś spróbuję się dowlec. Może nie zdechnę próbując. — Podparł się rękami z tyłu i powoli, nie chcąc rozjątrzyć świeżo zabezpieczonej rany zaczął powoli przesuwać się w kierunku ognia. Taplanie w swojej krwi przestało mu już przeszkadzać. Chciał coś rzec, jednakże po tym jak minął szok związany z zagrożeniem życia poczuł straszliwe zmęczenie. Gdy tylko jakoś dopchał się do ognia położył się przy nim. Walcząc z sennością odwrócił się w kierunku brodacza z czernioną brodą i powiedział:
-Niezłego masz obrońcę. Gdzie takiego zwierza znalazłeś? Kłapnięcie ma skurwysyńskie, jakby ktoś mi nogę odrąbał tępą siekierą. —Nie wiedział oczywiście jakie to uczucie, ale wyobrażał sobie że ten nieludzki ból na pewno był do niego porównywalny. Najchętniej zabiłby psa i jego właściciela, ale wiedział że to niemożliwe. Szczególnie w sytuacji gdy ledwo chodzi, jest nieuzbrojony i bez kolegów. Przez głowę przelatywały mu myśli że na pewno dorwie jeszcze tego gościa gdy tylko zostanie królem ulicy. Zawsze gdy łapał się na takim lataniu w obłokach zaciskał zęby. Zrobił tak tym razem, co nie było trudne zważywszy że wciąż cierpiał boleści wywołane przez kły wychwalanego przezeń stworzenia.
W tej sytuacji jedynym ratunkiem byłoby wypalenie choć jednego skręta. Spojrzał w ogień i westchnął:
-Och, gdyby tak sobie zapalić troszkę ziela. — To powiedziawszy zaczął przeszukiwać kieszenie licząc że troszkę drogocennego skarbu mu zostało. Ta wspaniała roślinka na pewno pomogłaby mu się zrelaksować i może nawet zasnąć bez uczucia tego bólu. Zazdrościł swojej koleżaneczce która nieświadoma niczego śniła sobie o czymś pięknym. Na brodacza nie liczył, bo jak ktoś kto jest taki nieprzyjemny mógłby mieć takie cudo jakim jest skręt?
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 02 wrz 2017, 20:56

  Lutz jak to cielę — powiedziałby ktoś mu nieprzychylny, czyli biorąc pod uwagę jego dokonania, znaczna większość kinkengardzkiej biedoty — siedział w kałuży własnej krwi i próbował jakoś ogarnąć swym skołatanym umysłem całą tę sytuację. Trudno było się mu dziwić, miał za sobą ciężki wieczór, nie dość, że po raz kolejny wyrzucono go z domu, to spotkał tajemniczego, groźnego typa i został zaatakowany przez jego psa. W całym tym chaosie nieprzytomna dziewka, która właśnie przeżywała — właściwie nie wiadomo, co takiego jej się właśnie działo, chociaż nieco przypominały typowe dla ćpunów drgawki — była ostatnim, czym zamierzał się przejmować. Miał wrażenie, że Gercie nie groziło nic poważnego, a skoro brodacz chce się jej ze srogą miną przypatrywać, to niech patrzy do woli. Zwłaszcza, że chyba te obserwacje skłoniły farbowanego bruneta do okazania czegoś na kształt łaski.
  Rudzielec mocno zdziwił się owym aktem niespodziewanej dobroci, nie wiedział, czy świadczyło to o tym, że nieznajomy nie planuje już robić mu żadnej krzywdy, czy też za ową propozycją ciepłego posiłku nie kryła się jakaś zasadzka. Jedno było pewne, a mianowicie to, że wojownik nie zamierzał niczego bezdomnemu obibokowi ułatwiać, umazany krwią i ranny chłopak sam musiał zatroszczyć się o to, by dostać się do ogniska. Nie brał nawet pod uwagę, aby spróbować przetransportować dziewczynę, nie w stanie, gdy podejrzewał siebie o niemożliwość wstania. Podparł się na rękach i niebezpiecznie kołysząc się na boki ni to się doczołgał, ni to doszedł do ognia, po czym zmęczony legł na posadzkę. Położył się na kupie listowia i innej zieleniny, którą nieznajomy — sądząc po warczeniu Śmiałego — musiał specjalnie usypać w kupę na posłanie dla psa. Brodacz jednak zbył ową oznakę wściekłości wilczura nakazem ułożenia się obok rudowłosego, tak więc Lutz teraz leżał dosłownie obok swego ciemięzcy, który nadal warczał pod nosem. W takiej sytuacji trudno o poczucie bezpieczeństwa, ale Lutz był zbyt zmęczony, by mógł wywlec się z posłania, a przynajmniej zbyt obolały, by nie zrobić tego bez urażenia wciąż świeżej rany. Tak więc leżał sobie teraz wygodnie, wdychając zapach liści i traw, z twarzą zwróconą do ogniska, czując żar buchający z płomieni, bok w bok ze Śmiałym. Gdy Lutz zapytał brodacza o psa, wilczur zdawał się zrozumieć, że o nim mowa, gdyż zwrócił swój pysk bliżej odkrytej szyi rannego, gotów dokończyć dzieła w razie zniewagi. Brodacz był jednak w tym momencie w pokojowym jak na niego nastroju, bo nie dość, że przyciągnął Gertę do ognia i przykrył swym płaszczem, to jeszcze z zadowoleniem w głosie odpowiedział na pytanie:
  — Ano, Śmiały to naprawdę szlachetne zwierzę. Mam go od szczeniaka właściwie, jego ojca dostałem od znajomego myśliwego, gdy byłem jeszcze chłopakiem i dopiero co zaczynałem obcałowywać dziewczyny i pchać im łapy pod sukienki… — brunet zaśmiał się chrapliwie na wspomnienie owych podbojów miłosnych, po czym sprawdził drewnianym widelcem, czy kawał mięsa piekący się na zaimprowizowanym ruszcie jest już gotowy.— Śmiały to wspaniały towarzysz, jak niedźwiedzia wyczuje, to nie ma zmiłuj, musi go wytropić… A i ochrona to zawsze, no i jest się do kogo odezwać, gdy się wędruje…
  Mężczyzna umilkł nagle, czując, że zbyt wiele o sobie opowiedział. Może potrzebował kogoś, do kogo miałby gębę otworzyć, ale nie uważał, aby Lutz był lepszym rozmówcą od jego psa. Sam rudzielec zresztą w tym momencie był pochłonięty błogimi fantazjami mordu i psa, i właściciela. Był jednak boleśnie świadom swych braków w umiejętnościach, a także tego, jak słaby był w tym momencie. Jeden nieostrożny ruch lub słowo, które nie spodoba się brodaczowi, a Śmiały wnet przegryzie mu gardło. Wiedząc o tym, Bleek zastosował typową dla siebie metodę powrotu na ziemię, mianowicie zacisnął zęby. Właściwie już i tak je zaciskał, ale z bólu. Chłopak zaczął właśnie marzyć o zielu. Narkotyk złagodziłby ból i pozwoliłby zamilknąć wszelkim nieprzyjemnym myślom. Lutz rzucił nawet w przestrzeń uwagą o tym, jak to chciałby sobie zapalić, ale zrobił to raczej ot tak, nie wierząc w to, że nieznajomy wojownik zaproponowałby mu własne pokłady. Po pierwsze, mężczyzna nie wyglądał na takiego, który lubił „uśmierzać ból” w ten sposób, po drugie, nie był na tyle szczodry i dobrotliwy, aby podzielić się czymś takim nawet wtedy, gdyby jakimś cudem je posiadał. Chłopak zaczął więc przeszukiwać kieszenie. Znalazł kilka okruchów, za mało jednak, aby móc się tym otumanić chociaż na chwilę.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 03 wrz 2017, 19:05

  Gdy tylko Lutzowi udało się wygrzebać okruszki był bardzo szczęśliwy. Ta żałosna resztka towaru oczywiście nie była w stanie wprawić go w stan relaksacji, lecz lepsze to niż nic.Uświadomił sobie, że zapodział gdzieś w magazynie fajkę. Bez fajki i gotowych skrętów niestety nie był w stanie niczego zdziałać ze zdobytym zielskiem. Niezadowolony cisnął je do ognia. To nerwowe zachowanie nie było oczywiście godne naśladowania, ale w tym momencie jasność umysłu Bleeka wcale nie była taka pewna. Spojrzał na dziewoję która na szczęście dzięki życzliwości (jakkolwiek by to nie brzmiało) brodacza znalazła się przy ogniu. Lutz był ciekaw kiedy się obudzi, bo przecież nie możliwością było żeby ten sen trwał całą noc. Na pewno niedługo z krainy marzeń wyrwie ją ból. No i dobrze, przynajmniej będzie miała nauczkę żeby nie pić tyle co twardzi mężczyźni tacy jak on. Następną rzeczą jaką zrobił ranny było pociągnięcie rozmowy ze swoim współtowarzyszem-prześladowcą. Słuchając pobieżnie jego krótkiej opowieści o psie zrozumiał że miał wielkie szczęście. Gdyby był niedźwiedziem, nie miałby takiego szczęścia. Pytanie brzmiało co taki myśliwy robił w mieście?
  -Łowy idą dobrze? —Rzucił głupkowate w swoim przekonaniu zdanie, bojąc się trochę, że jego rozmówca jest zupełnie niezrównoważony i może wybuchnąć gniewem na skutek zupełnie przypadkowych słów.
-Tutaj na ulicach to można tylko upolować co najwyżej tanie piwo lub pustawą sakiewkę. Przynajmniej gdy się ma takie szerokie... eghhhee... Takie szerokie horyzonty jak moi ziomkowie. -Lutz najwyraźniej zgodnie ze swoim zwyczajem uległ gadulstwu:
-Gdyby tutejsze chłopaczki były żwawsze, to by dawno Suche Sosny stałyby się postrachem. Ostatnio słyszałem że jesteśmy jedną z bezpieczniejszych ulic. Tfu! — Spojrzał z pogardą w ogień. Dla Bleeka to że tak naprawdę nikt nie brał jego i jego koleżków za prawdziwy gang było prawdziwą hańbą. Wszyscy powinni się go bać. Ooo tak, wszyscy. Łącznie ze strażą i cesarzem.
-Można mówić o nas co się chce, ale gdyby ktoś zebrał się na odwagę i narzucił całej okolicy jakąkolwiek kurwa dyscyplinę to byśmy może coś znaczyli. Mniejsza o to. Właśnie sobie tak myślę, że przecież życie ulicy nie rózni się dużo od polowania. Tylko po prostu trzeba mieć dobrą broń i dzielnego psa. —Swoją dziwaczną przemowę zakończył rzutem oka na Śmiałego. Gdy jednak ujrzał tą wredną paszczę, spojrzał się znów na ognisko. Lepiej żeby pupilek brodacza go nie potraktował jeszcze raz jako przekąskę.

Chcąc pozyskać choć szczątkowe zaufanie mężczyzny wskazał palcem na na śpiącą pijackim snem dziewczynę. Niedbale i z wyższością w głosie rzekł:
-To jest Gerta. Lubię ją, ale nigdy nie potrafi wbić sobie do łepetyny że chlanie na umór nie służy damom. Hehe. —Śmiech na koniec był doprawdy rubaszny, nie pasujący nawet do prostego jak rapier Lutza Bleka.
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 03 wrz 2017, 21:14

  Szczęście Lutza trwało bardzo krótko. Ledwie zdążył się uradować, że znalazł chociaż te nędzne okruchy ziela — zbyt mało by się odurzyć, dostatecznie dużo, by zaspokoić dający się we znaki głód narkotykowy — a już dopadła go dobijająca świadomość, że brak mu przedmiotów potrzebnych do zażycia tej maciupkiej dawki. Bez bibułki, fajki i reszty instrumentów owa odrobina równie dobrze mogłaby nie istnieć, toteż zły i rozczarowany cisnął okruchy w ogień. Płomień zasyczał i po chwili buchnął z nową siłą wraz z dymem o przyjemnym dla rudzielca zapachu. Niestety, owa woń musiała nie być miła brodaczowi i jego psu, gdyż ten pierwszy zmarszczył nos, a z gardła drugiego wydobył się krótki, acz wyraźny warkot. O ile reakcji mężczyzny Bleek nie zauważył, przypatrując się swej śpiącej towarzyszce, tak powarkiwanie wilczura usłyszał już bardzo dobrze. Jego ciało, mimo że umysł wciąż miał ospały i niezbyt bystre były jego myśli, zareagowało natychmiast — przez kręgosłup przebiegł mimowolny dreszcz, ramiona pokryły się gęsią skórką, a włoski na karku stanęły dęba. Oddech przyspieszył, a serce ze zdwojoną siłą pompowało tę resztkę krwi, która nie wyciekła z rany zadanych silnymi psimi szczękami. Słowem, gdy chłopak kontemplował, kiedy i z jakim samopoczuciem wybudzi się Gerta, jego ciało przygotowało się do szybkiej ucieczki. Na nic jednak przyda się owa gotowość, gdy Lutz cieszył się tymczasem, że nie dane mu było urodzić się niedźwiedziem. Skoro Śmiały był pogromem na te ogromne, kudłate bestie, to już lepiej było być lichym obszczymurkiem, co to zjawił się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Jedno tylko zastanawiało rudzielca — skoro wojownik lubował się w polowaniach, czemu zapuścił się do miasta? Sarny ni dzika tu nie znajdzie, zostaje mu tylko polowanie na ludzi... Ale o tym Lutz teraz nie myślał, rzucił natomiast dość naiwne pytanie, z cichą obawą, że przez niewłaściwy dobór słów rozzłości bruneta.
  Na szczęście jednak nieznajomy nie wpadł w gniew. Uśmiechnął się, rad mówić o swej pasji i wygodniej rozsiadł się na zimnej posadzce.
  — A jużci. Z takim psem jak Śmiały nawet żółtodziób by coś capnął, ostatnio nawet upolowaliśmy dwa jelenie tego samego dnia. Jednego uwędziłem nad paleniskiem w opuszczonej chacie na szlaku, drugiego sprzedaliśmy jakiemuś paniczowi w koronkach. Przez chwilę myślałem, że to dziewka, a jak zaczął mrugać tymi oczyskami na mnie, to aż mnie strach wziął. Wiesz, dać takiemu w gębę to nie problem, siły w takim chuchrze to nie ma wcale, a jak już się powali przeciwnika na ziemię, to dokończyć robotę nietrudno... Ale potem za takiego będą ścigać, a ja nie chcę na się ściągać niepotrzebnej uwagi straży. Już i bez tego dość trupów zostawiłem na drodze, po co psuć se sumienie biednymi żołdakami? — brodacz rozgadał się, nieprzejęty w ogóle tym, że właśnie przyznał się do mordowania ludzi w niedawnym czasie. Kiedy już raz zaczął mówić, dalej odpowiadał na kolejne wypowiedzi Lutza, ożywionym głosem ciągnął więc: — Nie gadaj, w mieście też jest na co polować. A to na chętne młódki, a to na tych, co to mogą zacząć polować na ciebie. Ale widzę, że w jakiejś bandzie złodziejskiej jesteś, więc prędzej czy później też to odkryjesz, gdy weźmiecie sakwę nie temu, kto nierozważny, a temu, kto ma oczy z tyłu głowy, choć nieruchawy, i zacznie ścigać za kradzież.
  Gadulstwo jednego napędzało w tym momencie gadulstwo drugiego. Brunet chyba w końcu uznał, że i Lutzowi może co nieco zdradzić, pewnie dlatego, że — mimo pewnego poczucia wyższości, właściwego dla bardziej doświadczonych przez życie rzezimieszków, gdy natykali się na świeżaków przy spartaczonej robocie — zaciekawiła go jego wzmianka o złodziejskiej bandzie. Wyczuł pragnienie chłopaka zdobycia opinii groźnych, uznania w oczach półświatka i chyba właśnie ten brak praworządności przeważył o nie tyle sympatii, co chłodnej uprzejmości wobec Lutza.
  Gdy zniechęcony widokiem psiej paszczy — a przede wszystkim jej niepokojąco niewielkiej odległości od jego tętnicy pulsującej w zagłębieniu szyi — chłopak postanowił nagle wkupić się w łaski brodacza wyjaśnieniem stanu Gerty, brunet nie okazał zdziwienia. Nie wstrząsnął nim nawet gruby, nieprzystający nawet do prostego jak cep rudzielca. Powiedział tylko, że chłopak zdziwiłby się, ile potrafi wypić niejedna kobieta pochodząca z północy, nie sprecyzował tylko, o jaki region mu chodzi. Północ Waldgrossen? Jaksar? A może skute wiecznym śniegiem, surowe i zimne Ziemie Północy? Zresztą brodacz nagle zamilkł, w uporczywej ciszy przerywanej trzaskiem ogniska i pijackimi okrzykami ludzi przemykających pod oknami magazynu zająwszy się jadłem. Zdjął z rusztu kawał mięsa, odkroił po jednym grubym na trzy palce plastrze dla siebie i Lutza. Do dwóch glinianych kubków nalał nalewki z jakimiś drobinami w środku, na oko przypominającymi coś pomiędzy nasionami a kaszą jaglaną. Mięso smakowało dymem, ale było całkiem soczyste. Musiał to być wędzony wcześniej jeleń, czuć było bowiem smak typowy dla dziczyzny, której po prawdzie Lutz nie miał okazji kosztować zbyt często. Jeśli zaś chodzi o nalewkę, to przez to, że przez podgrzanie odparowała część alkoholu, nie uderzała tak szybko do głowy. Mimo to Lutz nie był w stanie dokończyć kubka, gdy uderzyła w niego fala gorąca, a ciało przestało nadążać za myślami. Język mu spuchł i zdrętwiał, przez co miał wrażenie, że nie będzie w stanie nic powiedzieć. Gdy rudzielec walczył z objawami pijaństwa, wojownik będący myśliwym uporał się z całym dzbanem nalewki. Wbrew obawom Lutza, nasiona czy też kasza, mimo że dziwnie chrupały w ustach, na szczęście nie wpływały na smak napoju. Mimo to chłopak nie zrozumiał, skąd owe tajemnicze okruchy stały się składnikiem trunku, chyba że znalazły się tam zupełnym przypadkiem.
  Rudzielec w pewnym momencie zapadł w sen. Sam nie wiedział, kiedy oczy w końcu same się zamknęły, a myśli przestały płynąć. Przez jakiś czas śnił dziwny sen, w którym był niedźwiedziem i uciekał przed brodaczem poruszającym się na czworaka, nawoływanym przez Śmiałego. W chwili, gdy poczuł bardzo wyraźnie, jak czyjeś palce zatapiają się w jego ciele, rozrywając skórę i rozorując mięso. Obudził się. Był przekonany, że krew spływa mu z rany wartkim strumieniem. Gdy otworzył ciężkie, zlepione śpiochami suchymi jak piasek powieki i spojrzał na łydkę, odkrył, że owo wrażenie nie wynikało tylko z realnego ponad wszelką miarę snu. W istocie ktoś wbił swoje palce w jego ranę, jednak nie był to zachowujący się jak pies brodacz. To Berta w czasie majaków sennych rozkopała płaszcz i doczołgała się do rudzielca i chwyciła go za nogę. Długie, kościste palce wpiła w prowizoryczny bandaż i uciskała rytmicznie, jakby zajęta była zgoła inną czynnością i w dłoni dzierżyła członek. Przez to zerwała świeży skrzep i prowokowała krew do dalszego wycieku, jakby już nie dość juchy Lutz stracił.
Chłopak musiał teraz działać szybko, co nie było łatwe. Już wytrzeźwiał, męczył go więc potworny kac. Co prawda ból głowy całkiem zniknął, przysłonięty agonią wynikającą z maltretowania głębokiej rany, był jednak ospały, ledwie panował nad kończynami. Prawa ręka, na której spał, całkiem mu zdrętwiała i nie zapowiadało się na to, żeby miał w niej niebawem odzyskać czucie. Do tego wczorajsza kolacja domagała się szybkiego wydostania się z jego ciała drogą, na którą Lutz bynajmniej nie miał ochoty.
  Pochłonięty odczuwaniem bólu i przeżywania kaca, chłopak nie zwrócił uwagi na to, czy przy ognisku wciąż siedzi brodacz, a jeśli tak, to czy śpi, czy też przygląda się beznamiętnie jego męczarniom. Ledwie zauważył, że pies już nie leżał wtulony w jego bok, nie wiedział jednak, gdzie szlachetne zwierzę poszło i co porabia. Z tego, co wiedział, równie dobrze Śmiały mógł znaczyć teren, co wgryzać się w łydkę kolejnej niefortunnej, nieświadomej niebezpieczeństwa ofiary.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 04 wrz 2017, 12:39

  -Kuuuuuuuuuuurwaaa!—Zawył opętańczo. Jego straszliwy wrzask było pewnie słychać na całą okolicę. Lutz zdecydowanie lepiej znosił wczorajsze męczarnie, a było to spowodowane nietrzeźwością. Teraz, gdy obolały stał się ofiarą ataku tak z tak niespodziewanej strony, nie był w stanie zapanować nad sobą. Odsunął się z gniewem od Gerty, która była w jego oczach, równie niebezpieczna co głupia. Poranek był jeszcze cięższy niż wieczór i noc. Bleek spojrzał na swoją umęczoną nogę. Jako że sytuacja nie była kolorowa, mimo wściekłości i otępienia nie miał zamiaru się wykrwawić. Nie rozglądając się na boki, zajął się rozpaczliwą próbą ocalenie życia. Upewnił się że jego koleżanka nie zerwie mu bandaża, który choć żałosny — ocalił go przed wykrwawieniem.

  Przede wszystkim skupił resztki swoich sił na ponownym zatamowaniu krwawienia. Obejrzał swoje dzieło i jeśli to było konieczne chciał je przywrócić do poprzedniego stanu, czyli mocno ucisnąć nim ranę. Niby nie było to coś trudnego — jeśli bandaż został poważnie uszkodzony, trzeba było ponownie przycisnąć zawinięty kawałek do ciała, a potem owinąć go równie mocno większym kawałkiem. Wszystko czego Lutz dotykał było teraz lepkie od świeżej lub okrzepłej krwi. Wszystko powoli zamieniało się w makabryczne bajorko pełne juchy. Lutz sapał głośno, nie pojękiwał już jednak, ani nie mówił sam do siebie jak to miało miejsce poprzedniej nocy. Nie dlatego że stał się nagle odpornym na ból twardzielem — w żadnym wypadku. Po prostu w głowie miał niezwykłą pustkę. Z głową, tak pustą jak magazyn w którym się właśnie znajdował i zdrętwiałymi rękami, starał się uratować swój tyłek.

  Gdyby miał siłę do refleksji, na pewno rozpaczałby nad tym jak marnie wygląda. Nogawki od spodni, siedzenie, dłonie i włosy miał brudne od krwi. Oczy miał czerwone jak królik, pewnie od dymu i na skutek wczorajszego pijaństwa. Nie miał przecież na sobie koszuli, która leżała podarta niedaleko miejsca gdzie ugryzł go pies i gdzie zrobił sobie bandaż. W tym czasie jego koledzy leżeli sobie spokojnie w łóżkach, sami lub z dziewojami, albo jedli już śniadanie składające się z kufla taniego piwa lub fajeczki. Lutz "Golas" Bleek półnago siedział na ubrudzonej podłodze, w jakiejś nędznej chałupie, bardziej martwy niżli żywy...
Spoiler:

Avatar użytkownika
Eirlys
Support
Support
Profesja: Pomocnik alchemika
Płeć: Kobieta
Korony: 42
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 358
Dołączył(a): 12 sty 2015, 20:01
Eirlys

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Eirlys » 04 wrz 2017, 16:38

  Jak Lutz wiedział dzięki znajomościom z licznymi pijusami mieszkającymi w owej dzielnicy, brak alkoholu nigdy nie boli tak bardzo, gdy budzisz się na kacu w sytuacji, w której nigdy nie znalazłbyś się, gdybyś poprzedniego wieczora był trzeźwy. Gdyby rudzielec nie był pijany, może wcześniej wyczułby obecność brodacza i jego psiego towarzysza i wycofał się, nim Śmiały zdecydował się zatopić zęby w jego łydce... Może gdyby nie pił, matka nie wyrzuciła go z domu... Teraz jednak było to tylko bezsensowne gdybanie, rudzielec nie miał możliwości manipulowania czasem i zmieniania swych czynów w przeszłości. Musiał się skupić na teraźniejszości, która przedstawiała się wyjątkowo paskudnie. Gerta, wciąż odurzona, dalej śniła swój zboczony sen i właśnie to przyczyniło się do pogłębienia obrażeń Golasa. Wczepiła się w ranę, zadając okrutny ból i wywołując kolejną falę krwawienia. Jucha wypływała spod bandaża i znaczyła czerwienią wszystko, z czym się zetknęła — skórę, strzępy nogawicy, całkiem znośne buty i wreszcie posadzkę, z której ciągnęło wilgocią. A wszystko to w akompaniamencie pełnych zadowolenia, lubieżnych jęków dziewczyny. Nic dziwnego, że w rudzielca wstąpiła nagła wściekłość na towarzyszkę. W pierwszym odruchu odsunął się od niej, pozostając poza zasięgiem jej palców. Nie zdziwiłoby go, gdyby to Śmiały w końcu zerwał pozory pokojowego paktu i go zaatakował, ale atak nastąpił od zgoła nieprzewidzianej strony. Ćpunka była jego kochanką, nie dalej niż wcześniej tego samego dnia — lub wczoraj, rudzielec wciąż jeszcze nie wiedział, o jakiej porze się wybudził — mizdrzyła się do niego i pozwalała na macanki. Tymczasem zupełnie tego nieświadoma sprowadziła na niego zgubę. A teraz, gdy mroźne powietrze, w którym oddech zamieniał się w obłok pary, przecięła soczysta, swojska kurwa, nawet się nie zbudziła.
  W umyśle chłopaka nie postała żadna sensowna, świadoma myśl, gdy rozpaczliwie ratował swój opatrunek. Postępował w miarę instynktownie, ze zgrozy nie będąc w stanie zdobyć się na jakikolwiek komentarz. Nie w głowie mu było teraz żartować, nawet na bluzgi pod adresem Gerty nie starczyło mu sił. Skupił się na ocenieniu szkód i próbie ich zmniejszenia. Na szczęście kawałek koszuli, chociaż naciekł krwią, nie został porwany, wciąż zachowywał nadaną mu przez Lutza formę. Gdy chłopak docisnął ów skrawek przesiąkniętego posoką materiału do rany, aż go zamroczyło z bólu. Z oczu pociekły łzy, kapiąc na większy kawał szmaty, którym owinął nogę, unieruchamiając skrawek stykający się z tak zwanym żywym mięsem.
  W końcu owo niebywale trudne zadanie zostało ukończone z jako takim sukcesem. Lutz miał szczęście, że nie miał sił na myślenie, inaczej uroniłby łzy też z innego powodu... Oto jego przydomek wśród przestępczej braci stał się samospełniającą się przepowiednią: chłopak w istocie był "goły" i wcale nie chodziło tu o poszarpane spodnie czy brak koszuli na zmarzniętym torsie (póki Śmiały wtulał się w jego bok, przekazywał mu swoje ciepło, teraz jednak Bleek trząsł się z chłodu, który powoli wślizgiwał się do ciała). Nie, tutaj chodziło o coś więcej — rudzielec stanowił teraz obraz nędzy i rozpaczy, a jego najbliższa przyszłość przedstawiała się w niezwykle ponurych barwach.
  Gdy głośny, świszczący oddech obdartusa się uspokoił, poczuł, jak zimny wilgotny nos dźga go w plecy. Jak się szybko okazało, to nie Śmiały zwracał w ten sposób jego uwagę. Gdy się odwrócił, znalazł się prawie twarzą w twarz z ogromnym, czarnym jak noc wilczurem o bladozielonych oczach, który wdrapał się na jedną ze skrzyni. Ich spojrzenia się spotkały i chłopak mógł sobie uświadomić, że psisko patrzy na niego równie zaciekle, co pupil farbowanego brodacza. Nim zdążył cokolwiek zrobić, bestia odchyliła głowę do tyłu i wydała z siebie serię głośnych szczęknięć. Co gorsza, na tym się nie skończyło. Bleek usłyszał tupot ciężkich buciorów i klengor stali, jakby ostrze szorowało po zbroi. Po chwili pojawił się wysoki, szeroki w barach mężczyzna o spłowiałej burzy pokudłanych kłaków i twarzy pokrytej śladami po przebytych chorobach. Blizny po ospie, wągliku i innych zarazach znaczyły całe czoło i policzki nieznajomego, który beznamiętnie wpatrywał się niebieskimi oczami w rudzielca i jego nieprzytomną towarzyszkę. Lutz bez trudu rozpoznał barwy na narzuconej na zbroję jopuli — nieznajomy był przedstawicielem miejskiej straży.
  — Powiedz, niebożę, coś ty za jeden i co tu robisz? —zapytał ostro, nie patrząc już na Lutza ani na Gertę, która w końcu przestała jęczeć i sięgać ręką ku chłopakowi. Spała teraz jak zabita, z kącika spierzchniętych ust spływała ślina, która staczała się po policzku i niknęła w skołtunionych włosach. Na twarzy nadal miała jednak rumieńce, więc jeszcze nie koniec był jej zbereźnych fantazji.
  Zamiast na dziewczynę lub siedzącego w kałuży własnej krwi rudzielca strażnika patrzył ze zmarszczonymi brwiami na ślady po ognisku. Poza okręgiem złożonym z popiołu i resztek niedopalonych polan, brodacz nie pozostawił po sobie oznak swej bytności w opuszczonym budynku. Co innego można było powiedzieć o szlachetnym zwierzęciu dzielnie towarzyszącym mu w polowaniu i zasadzającym się na niedźwiedzie. Pies strażnika obwąchiwał teraz stertę złożoną z połamanych, spróchniałych na wskroś desek, po czym zawarczał cicho i podniósł tylną nogę. Zamaskował zapach domniemanego rywala, po czym, wyraźnie zadowolony, stanął przy swoim panu.
  — Nie byliście tu sami, prawda? Powiedz, kto cię tak urządził? — dodał strażnik, tym razem bardziej spokojnym tonem. To właśnie dobrotliwa nuta, którą dało się wyczuć w jego głosie, jakoś przestraszyła rudzielca. Może źródłem owej emocji było nie tyle poczucie realnego zagrożenia ze strony mężczyzny, ile oszołomienie, jakie opanowało Lutza po kolejnej utracie wielkiej ilości krwi. Cokolwiek chłopak nie postanowi zrobić ze swymi uczuciami, musiał szybko się decydować, gdyż już dało się słyszeć typowe dla szturmu straży odgłosy — stukot podbitych butów — a za takie podbicie ojciec drobnego złodzieja sporo sobie liczył, w końcu nie byle jaka to musiała być robota — o bruk, szczęk stali, okrzyki początkujących rzezimieszków, którzy dostawali się w łapy zbrojnych, jękliwe błagania bab, aby zostawiono ich synów, braci, mężów w spokoju i zamiast ich do lochów wrzucono innych bandziorów. Cały ów hałas powoli, ale nieustannie zbliżał się do magazynu, jakby było to centrum wszechświata, swym magnetyzmem przyciągające wszystko i wszystkich.

Avatar użytkownika
Lutz Bleek
Profesja: Kombinator
Płeć: Mężczyzna
Korony: 0
Szylingi: 0
Pensy: 0
Strzały / Bełty / Pociski: 0
Posty: 13
Dołączył(a): 21 sie 2017, 19:50
Lutz Bleek

Re: W pewnej dzielnicy nędzy

Postprzez Lutz Bleek » 04 wrz 2017, 17:32

  Los bywa okrutny. Czasami człowiek nie jest w stanie o własnych siłach podnieść się po ciosach zadanych mu przez to co bezbożnicy nazywają właśnie w ten sposób. Dla innych to wola bogów, a dla innych prawa dziejowe. Cokolwiek by to nie było, właśnie dało Lutzowi porządnego kopa w dupsko. Wszystko co go przez ostatnie godziny spotkało nabrało jednak nowego sensu, gdy ujrzał nad sobą strażnika. Obejrzał go od góry do dołu i z powrotem. Gdy upewnił się że nie ma do czynienia z brodaczem, który gdzieś wyparował, otworzył usta:
  — Lutz Bleek, syn szewca. Mieszkam niedaleko... Proszę mi wybaczyć panie ten stan. Bo wie pan... Trochę wstyd mi opowiadać, ale razem z tutaj leżącą obok koleżanką, Gertą... No, mówiąc prosto wczorajszego wieczora wypiliśmy trochę za dużo no i dlatego ona leży tam, a ja siedzę tu. Przepraszam że tak się plączę, po prostu jestem jeszcze w szoku. —Pokazał palcem na swoją pokiereszowaną nogę i z bólem kontynuował:
-Wczoraj wieczorem po okrutnym pijaństwie, chciałem odprowadzić Gertusię do jej domu. Niestety była zbyt pijana żeby pokazać się jej rodzicielom. Jej ojciec to twardy chłop. Nie przedłużając postanowiliśmy się zatrzymać tutaj. Czasami różne pijaki się tu zatrzymują więc pomyślałem, co mi tam. Niestety ledwo się tu rozgościliśmy, to wpadł tu jakiś pies. Taki duży, na pewno bezpański. —Pokazał ręką na wysokość swojego pasa. Wziął głęboki wdech i kontynuował:
-No i użarł mnie w nogę. Rozdarłem szybko koszulę i jakoś próbowałem zatamować krwawienie. No ale byłem pijany i nie szło mi to za dobrze. Stąd te wszystkie ślady krwi. -Zamilkł, bo wiedział że strażnicy nie są zbytnio chętni słuchać głosu ludu, chyba że jest to głos przeklętych konfidentów. Rudemu przeszło przez głowę że straż rozpoczęła pewnie jakąś obławę, możliwe że chodziło o tego brodacza. Nie był przecież jednym z tutejszych "chłopców z dzielnicy", a gdyby należał do jakiejś innej bandy która działa na terenie stolicy na pewno nie szukałby schronienia na tak niepewnej ziemi jaką jest ulica Uschłych Sosen. Pewnie był to jakiś poszukiwany przez straż wolny strzelec. Z takimi zawsze są największe problemy, bo mają łby pełne pomysłów i ręce chętne do zabijania, a nie podlegają nikomu. W akcję przeciw tutejszym chłopakom Golas nie wierzył. Gdyby doszło do poważniejszego wykroczenia z ich strony, pewnie by o tym wiedział. Tutejsi rozbójnicy musieliby zabić strażnika żeby ściągnąć na siebie takie represje. Na to zaś, byli zdecydowanie zbyt tchórzliwi.
  W głowie Lutza kołatały się różne myśli, a lęk na pewno dał się zauważyć na jego twarzy. Nie był tak jak ten brodacz szalonym zabijaką, który pewnie nie raz stawał w sytuacji pewnej śmierci. Nie chodziło o lęk przed strażnikiem, bardziej obawiał się tego co stanie się z jego ulicą. Czuł że znów robi się mu słabo, do tego chciało mu się wymiotować. Jękną patrząc w podłogę:
-Przepraszam ale nie czuję się zbyt dobrze panie. —Zbierał po raz kolejny siły aby wytrzymać jeszcze trochę, jeszcze chwilę.
Spoiler:

Zaloguj

cron